BuwLOG

Do roślin trzeba mówić – zapewnia Barbara Siedlicka, specjalista do spraw zieleni Uniwersytetu Warszawskiego.

0057

– Pani Basiu, jaki jest Pani zawód? Menadżer zieleni? Ogrodnik?

– Ogrodnik. Skończyłam Wydział Ogrodniczy SGGW, jestem mgr inż. ogrodnictwa. Ewa Kobierska-Maciuszko kiedyś przedstawiając mnie powiedziała „ogrodnik uniwersytecki” – z przyjemnością i dumą używam tego tytułu. Jestem w czwartym pokoleniu związana z ogrodnictwem, choć pierwszym bez ziemi. Trochę się broniłam przed taką rodzinną presją, ale nieskutecznie. Od czterdziestu lat, czyli tuż po studiach, pracuję dla Uniwersytetu Warszawskiego i jego zieleni.
To jest moja pasja i satysfakcja. Praca jest twórcza, ale bardzo wymagająca i absorbująca, bo do roślin trzeba mówić. Ogrodnik nie może zastrajkować, bo co ma zrobić? Nie podleje roślin? Zasadniczo, więc ogrodnik odpoczywa zimą, a latem tylko wtedy, gdy intensywnie leje.

– Które z obszarów zielonych Uniwersytetu Warszawskiego jest najbliższy Pani sercu … i dlaczego ogrody BUW?

– Moje serce na zawsze będzie związane z zabytkowym terenem uniwersyteckim z Krakowskim Przedmieściem , chociaż rzeczywiście moje największe wyzwanie zawodowe i olbrzymia satysfakcja to ogród BUW. „Zaistniałam w ogrodzie bibliotecznym ”na początku jego zakładania – realizacji projektu Ireny Bajerskiej. Bardzo ciekawy jest też ogród Wydziału Psychologii na Stawkach, Wydziału Chemii na Pasteura, no i zieleń przy akademiku na Radomskiej .

– Spotyka się Panią w miejscach dla specjalisty od zieleni nietypowych. Angażuje się Pani w przedsięwzięcia, które zadają kłam podejrzeniom, że ludzie zajmujący się roślinami nie mają zwyczajnie cierpliwości dla bliźnich. Skąd ta pasja społecznika?

– Pasję społecznikowską odziedziczyłam po moim dziadku, który był człowiekiem bardzo zaangażowanym. Zakładał towarzystwa ogrodnicze, nieustannie pomagał. Mnie kontakt z ludźmi sprawia ogromną satysfakcję i bardzo się dziwię ludziom stroniącym od aktywności społecznej, która przecież daje tyle przyjemności.

– Jaką potrzebę realizuje Pani tym zaangażowaniem?

– To mnie zwyczajnie nakręca – jak mówią młodzi ludzie. Jak chwila spokoju trwa za długo, to sobie wymyślam coś nowego (śmiech:)

– Czy optymalnie wykorzystujemy potencjał ogrodu BUW? Czy rzeczywiście nie ma sposobu, żeby wykorzystać te wewnętrzne patia (studnie, jak je pieszczotliwie nazywamy) do np. przeniesienia się z pracą biurową w upalny, letni dzień do takiego zacienionego patia?

– Tak, to świetny pomysł pod warunkiem, że zrobimy to przez okno, bo nie pomyślano o drzwiach. Jeszcze gorszym zaniedbaniem jest brak windy przemysłowej na dach! Stąd w XXI wieku koledzy pielęgnujący ogród pracują bardzo ciężko fizycznie – wnoszenie worków z ziemią, czy transport poobcinanych gałęzi to na prawdę ciężka fizyczna praca. Dodam przy tym moją, trochę pewnie nie popularną opinię: jestem zwolenniczką wynajmowania ogrodu. Ogród – wypielęgnowany i zadbany może być wspaniałą wizytówką Uczelni, ale też pozwalając ludziom na funkcjonowanie przy różnych okazjach w kontakcie z przestrzeniami zielonymi, doprowadzamy do sytuacji, w której ludzie zaczynają tę przestrzeń szanować!

– Wnioskuję z tego, że nie przyjęła Pani wobec tego z niepokojem informacji, że w ogrodzie BUW powstanie w trakcie obchodów jubileuszowych w 2016 roku Strefa UW?

– Właśnie nie – wręcz mnie ta wiadomość ucieszyła! My ogrodnicy mamy tę strefę przygotować, mamy urządzić ją tak, żeby się ludziom podobała, żeby chcieli tu przychodzić.

– Nie obawia się Pani zniszczeń?

– Przemyślałam ten problem: jestem przekonana, że piękne otoczenie onieśmiela i powściąga bezmyślną dewastację. Nie podoba mi się też absolutnie, rzucany czasami pomysł, aby pobierać opłaty za wejście ogrodu. Przyniosłoby to może nieco środków na utrzymanie ogrodu, ale przykrych efektów byłoby zdecydowanie więcej: ogród jest tak piękny, że musi być publiczny! Mimo, że tak naprawdę jest on dla Uczelni bardzo kosztowną atrakcją. Takie założenie ogrodowe jest efektowne, ale nie idealne dla instytucji publicznych, właśnie ze względu na koszty utrzymania.

– Czy wobec tego do pomyślenia jest sytuacja, w której miasto wspiera utrzymanie ogrodu BUW, skoro się tak często nim chwali?

– Właśnie! Niezwykle często miasto chwali się ogrodem dachowym BUW, bo nie ma piękniejszego w Polsce i nie ma piękniejszych widoków, niż z tego ogrodu. Jest on w promocji miasta wszechobecny. Miasto na początku przyznało nam dotację, dzięki której wiele rzeczy poprawiono, ale potrzeby są nieustanne. Mieliśmy też bardzo szczodrego sponsora w postaci firmy Żywiec Zdrój S.A., dzięki któremu w ogrodzie dolnym zainstalowano system automatycznego nawadniania, bo w ogrodzie górnym już był. Na pamiątkę tej współpracy reprezentant firmy zasadził w ogrodzie wybrane przez siebie drzewo.

– Czy są widoki na takiego strategicznego partnera ogrodów?

– Niewątpliwie należy takich partnerów szukać. Ufam operatywności wicedyrektor Gierak , prorektora Nowaka, mającego kontakty ze środowiskami biznesowym oraz Klubowi Absolwenta UW. Choć na wspaniałomyślnych ludzi trafia się czasem przypadkowo, tak jak np. na osobę, która w ubiegłym roku zasponsorowała wymianę podłoża: przyszła w odwiedziny z moją przyjaciółką i bardzo zapragnęła zrobić coś dla Uniwersytetu, bo sama była absolwentką Wydziału Biologii. Podczas targów bardzo często rozmawiam z wystawcami – jest wiele polskich firm, które uznałby współpracę Z Uniwersytetem Warszawskim nie tylko za zaszczyt, ale też za bardzo atrakcyjną dla siebie. Muszę podkreślić, że ogród BUW został urządzony w całości w oparciu o polskie rośliny. Jestem generalnie za tym, aby promować polskie produkty. Bardzo mi odpowiada definicja patriotyzmu, uwzględniająca również popieranie rodzimych produktów. Mam takie wspomnienie z pracy w Anglii, gdzie zadziwiało mnie, że Anglicy płacą po 3 funty za truskawki, bo są miejscowe, podczas gdy obok leżały hiszpańskie po 1 funcie. I to realnie pomaga gospodarce, nakręcą rodzimą produkcję. Napawa mnie satysfakcją fakt, że polskie firmy szkółkarskie – raz przetrwały ciężkie czasy, a dwa rozwijają się teraz znakomicie, a i świadomość w odbiorcach bardzo się zmieniła – ludzie inwestują w zazielenianie swojego otoczenia, zakładają ogrody, albo wystawiają skrzynki – to bardzo dobrze!

– Co Pani aktualnie czyta?

– Skończyłam „Magdulkę” („Magdulka i cały świat. Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego” przypis red.)- wspomnienia Witolda Kieżuna, którego miałam zaszczyt poznać stosunkowo późno przez swoją działalność w Komitecie ds. Cmentarza Powstańców Warszawy . Przeczytałam też świeżutką książkę o Ewie Demarczyk, autorstwa dwóch młodych dziennikarek, bardzo odważna, bardzo wartko napisana, choć autorki z Demarczyk nie rozmawiały, książka jest bardzo ciekawa („Czarny Anioł. O Ewie Demarczyk” Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze przypis red.).

– Pani Basiu, bardzo dziękuję za rozmowę.

rozmawiała AKO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *