BuwLOG

Free Speech Movement (FSM)

W poprzednim wpisie nawiązałam kilka razy do Free Speech Movement, podkreślając, że to właśnie przez Berkeley przelała się w latach 60. fala protestów. Wpływy FSM widać tu dobrze do dziś – Berkeley (czy szerzej: Bay Area) to jedno z najbardziej liberalnych miejsc w Stanach Zjednoczonych. Metaforycznie, przenosząc porównania na grunt warszawskiej retoryki, to taki wielki Zbawix, z Charlotte, Planem B., tęczą na środku (na pewno nikt by jej nie chciał stąd usuwać, pewnie dostawiono by jeszcze ze dwie), pełen hipsterskich lewaków, wegan, wegetarian, i cyklistów, niejedzących glutenu, za to jedzących jarmuż pod każdą postacią (np. chipsów czy smoothie z dodatkiem brokułów i selera naciowego). Niektórzy śmieją się, że to obecnie amerykańska stolica jarmużu. Wydaje się, że zdeklarowani republikanie nie mają tu lekko. Bay Area jest zdecydowanie obozem nowej lewicy.

Ale wróćmy do lat 60. XX wieku. I tym razem sięgnę do esejów Czesława Miłosza.

wielotysięczne wiece, ‘sit-ins’, pochody anty-wojenne gromadzą zarówno odnowicieli bohemy na masową skalę, jak działaczy i organizatorów z temperamentu. Kilka lat temu, obserwując w Berkeley czternaście tysięcy studentów zasiadających pod otwartym niebem na kamiennych lawach tzw. Greckiego Teatru i reagujących “jak jeden mąż” wrogim krzykiem na przemówienie prezydenta Uniwersytetu, Clarka Kerra (liberał), uświadomiłem sobie, że aby coś z tego zrozumieć należy zastosować miary z innego kraju I innego stulecia. Potęga zbiorowej emocji była nieproporcjonalna do błahych, racjonalnie rzecz biorąc, powodów niezadowolenia i sama nazwa zawiązanej przez studentów konfederacji, ‘Free Speech Movement’, nic nie wyjaśniłaby europejskim studentom, istotom na ogół pomiatanym i korzystającym z niewielu praw. Było to wyładowanie zastępcze: władze uniwersyteckie występowały jako przedstawiciele władzy w ogóle. Zgromadzonych łączyła milcząco przyjęta, oczywista dla nich, przesłanka – że władza, wyłoniona przez zły porządek i chroniąca tego porządku, jest czystym złem [s. 97].

Początki pobytu Miłosza w Berkeley zbiegły się z manifestacjami w obronie praw obywatelskich (przeciwko dyskryminacji Afro-Amerykanów). W 1964 r. protesty przeobraziły się we Free Speech Movement – manifestacje studenckie, domagające się pozwolenia na demonstracje polityczne na uniwersyteckim kampusie, aby w 1966 r. obrać kształt regularnych protestów przeciwko wojnie w Wietnamie. Jak pisze Andrzej Franaszek, biograf Miłosza, poeta na początku życzliwie przyglądał się temu ruchowi, popierając studentów, podpisując petycje, biorąc udział w zebraniach, jednak z czasem zdał sobie sprawę, że ten ruch do niczego nie prowadzi, bo połączenie fascynacji komunizmem „chińskim czy kubańskim”, nienawiści do Ameryki oraz historycznej ignorancji studentów nie przyniesie niczego dobrego. Ponadto z założenia był przeciw ingerowaniu polityki w życie uniwersytetu.

Protest. Zdjęcie archiwalne z wystawy stałej dot. historii UCB prezentowanej w Sproul Hall

Protest. Zdjęcie archiwalne z wystawy stałej dot. historii UCB prezentowanej w Sproul Hall

Franaszek pisze także, że Miłosz poeta w Kalifornii zmagał się z kompleksem niemoty – oto jest w kraju, w którym bez obaw może wypowiadać swoje sądy, cóż z tego jednak, skoro (jak – może niesprawiedliwie – uznał) nikt ich nie zrozumie (s. 603). Obecnie publiczne wypowiadanie swoich sądów, szczególnie na „sensitive topics” raczej nie jest wskazane. Ale o tym później.

Aby upamiętnić studenckie protesty z lat 60. nie zbudowano pomnika! Tu jest Ameryka – otwarto in memoriam kawiarnię. Free Speech Movement Café, na parterze najbardziej uczęszczanej biblioteki UCB – Moffit Undergraduate Library, to ulubione miejsce studentów na odpoczynek w przerwie zajęć. Wystrój wnętrza przypomina o FSM, a stoliki, poza utylitarną, mają też funkcję edukacyjną – na każdym przedstawiony jest inny zestaw publikacji dotyczących wydarzeń sprzed 50 lat.

FSM został dobrze udokumentowany i zdigitalizowany w ramach projektu Free Speech Movement Digital Archive.

Przed wejściem do ulubionej studenckiej biblioteki i kafejki znajduje się Newspapers Display Wall. Właściwie tych ścian jest kilka, a na nich strony tytułowe codziennych gazet z całego świata (dla uściślenia: z całego świata widzianego z amerykańskiej perspektywy). W tym roku dodatkowo co tydzień dołącza do nich strona tytułowa z jakiejś gazety sprzed stu lat – głównie z prasy kalifornijskiej – ten projekt nazywa się 1916 Press Flashback i jest prowadzony przez bibliotekę uniwersytecką.

Newspapers Display Wall

Newspapers Display Wall

Free speech w wydaniu współczesnym

Zanim zaczniemy mówić o teraźniejszości, cofnijmy się do końca XIX wieku, kiedy to Mark Twain pisze „Przygody Hucka Finna”. UCB Twaina hołubi – w tutejszych zbiorach znajduje się cenna kolekcja rękopisów, Mark Twain Papers, a na tych, którzy nie są miłośnikami bibliotecznych kolekcji specjalnych, ale coś o Twainie słyszeli, autor czeka przy wejściu do głównej biblioteki – Doe Library – i pozuje do zdjęcia. W ręku trzyma – a jakże – „Przygody Hucka Finna”.

No i jest problem. Ta książka Twaina przedstawiana jest obecnie jako rasistowska, m.in. że względu na pojawiające się w niej słowo “nigger”. Od lat 90. dość regularnie podejmowane są oddolne działania zmierzające do usunięcia jej z listy lektur szkolnych. W 2011 r. jedno z wydawnictw, wznawiając publikację „Przygód…”, zamieniło nawet słowo „nigger” na „slave”… Niewiele to zmieniło.

Poniekąd także z twórczością Twaina łączy się szeroko dyskutowane w amerykańskiej edukacji zjawisko mikroagresji. O co chodzi? Otóż, jeśli np. nauczyciel będzie chciał, aby uczniowie przeczytali fragment wspomnianych „Przygód…” i w tym fragmencie pojawia się słowo „nigger”, nauczyciel przed lekturą musi uprzedzić uczniów, że tam znajduje się „a N-word” (pełnego słowa nie można wymawiać, to zdaje się gorzej niż wypowiedzieć na głos „a F-word”) i że mogą się oni poczuć tym dotknięci. Musi niejako uprzedzić ich o ewentualnych niemiłych odczuciach, które mogą się pojawić w trakcie lektury tekstu z XIX wieku.

Inny przykład uprzedzania o mikroagresji znajduję regularnie w skrzynce mailowej, w listach od Policji. Tak, wszyscy członkowie akademickiej wspólnoty są objęci policyjnym programem powiadamiania o wykroczeniach (Message Crime Alert) – niezależnie od kalibru nazywanych poważnie crime. I każda taka wiadomość o podejrzeniu crime rozpoczyna się zdaniem „Please note this message may contain information that some may find upsetting”. A następnie np. historię opisującą znaki szczególne dwudziestolatka Latino, który usilnie namawiał studentkę, żeby wsiadła do jego samochodu (tu szczegółowy opis pięknego BMW), ale ona zaczęła krzyczeć i uciekła. On jej nie gonił, tylko odjechał. Chciałoby się rzec: jakie miasto, taka crime…

Wracając do spraw praw mniejszości i godzenia w nie. Nie dalej jak w marcu na UCB rozgorzała na nowo debata o rewizji nazw kampusowych budynków. O nazewnictwie pisałam już w poprzednim poście. Tym razem znów poszło o Barrows Hall – wielki gmach z 1964 r., nazwany na cześć Davida Prescotta Barrowsa, profesora politologii i rektora UCB w latach 1919-1923. W budynku siedzibę ma w sumie 10 wydziałów, instytutów i centrów uniwersyteckich, w tym politologia. Wydawałoby się zatem, że patron odpowiedni. Cóż, Barrows Hall to także siedziba instytutów: African American Studies, Ethnic Studies, Native American Studies oraz Gender and Women’s Studies, a Barrows przez mniejszości uznawany jest za kolonizatora, który wierzył w wyższość białej rasy. I się zaczęło. Po dwóch tygodniach administracja UCB wydala oświadczenie, że, działając w imię równości i sprawiedliwości, podejmie kroki mające na celu ewaluację nazewnictwa na kampusie. Oczywiście Berkeley nie jest jedynym miastem uniwersyteckim w USA, w którym tego typu debata obecnie ma miejsce.

Barrows Hall stoi i nie drży w posadach. Źródło: http://www.murakaminelson.com/

Barrows Hall stoi i nie drży w posadach. Źródło: http://www.murakaminelson.com/

Nie należy zapominać także o mniejszości nazywanej Native Americans (czyli o grupie etnicznej do niedawna określanej terminem „Indianie”, obecnie nie jest to zbyt poprawne politycznie). W relacjach z tą grupą niezwykle ważne jest poczucie tzw. cultural sensivity. Krótka anegdota biblioteczno-digitalizacyjna. Kalifornię zamieszkiwali (i zamieszkują) m.in. Indianie z plemienia Pajutów. W latach 40. XX w. profesor antropologii z UCB prowadził wśród nich badania. Pajutowie opowiadali różne historie w ich języku, które były spisywane przez kilku wybranych członków plemienia w specjalnych zeszytach. Profesor, odchodząc na emeryturę, przekazał swoje archiwa uniwersytetowi i przez lata kolejne pokolenia studentów antropologii oraz inni studenci na zajęciach z kultury amerykańskiej korzystali z tych zeszytów. Ba, korzystali z nich nawet współcześni Pajutowie, poszukując informacji, które mogły by okazać się pomocne, np. w odzyskiwaniu ziem, dostępu do wody, czy kultywowaniu tradycji. Całkiem niedawno biblioteka zdigitalizowała profesorskie zeszyty i umieściła online – wydawać by się mogło: rozwiązanie idealne. Studenci nie muszą siedzieć w bibliotece, Pajutowie przyjeżdżać do Berkeley. Ale nie! Wódz plemienia wystosowała do dyrektora biblioteki bardzo emocjonalny protest, w którym wyraziła swój smutek z takiego obrotu sprawy. Otóż opowiadanie historii to sfera tabu, opowiada się je członkom plemienia, a nie całemu światu. Bardzo ważna jest relacja między oferującym opowieść a tym, który jest jej odbiorcą. Dostęp online całkowicie zaburza taka relację. Ot, wrażliwość kulturowa jest ważna także w pracy bibliotekarza cyfrowego. Póki co, zdigitalizowane zeszyty zniknęły z Internetu. Ale problem pozostał, a konkretnych wytycznych jak postępować z materiałami archiwalnymi dotyczącymi rdzennych Amerykanów nie ma.

Jeszcze innym przykładem wolności wyrażania opinii jest konflikt Palestyna-Izrael. Pod koniec marca na kilku amerykańskich kampusach drukarki połączone w uniwersyteckiej sieci samoistnie drukowały antysemickie ulotki. W przypadku Berkeley incydent miał miejsce dosłownie kilka dni po tym, jak władze UCB przyjęły zaktualizowana wersję Statement of Principles Against Intolerance, w której potępiono antysemityzm – jako przejaw nietolerancji. Nie potępiono natomiast antysyjonizmu, uważając go za postawę przeciw ruchowi politycznemu (która może być przedmiotem dyskusji), a nie przeciwko przynależności społecznej (która dyskusji nie podlega).

A 1 kwietnia działacze ruchu Students for Justice in Palestine (SJP) zorganizowali w uniwersyteckiej bramie check point, żeby zwrócić uwagę na codzienny problem mieszkańców Autonomii Palestyńskiej, a następnie marsz przez centrum Berkeley, w którego organizacji pomogli studenci ze związku Black Student Union oraz Jewish Voice for Peace. Marsz zakończył się na uniwersyteckim placu Sproul spotkaniem ze studenckimi organizacjami pro-izraelskimi – Tikvah: Students for Israel oraz Bears for Israel. Nie, nikomu nic się nie stało. Bo w Cal i tak zawsze wszyscy…

… spotkamy się na Sproul!

Sproul to spory plac, forum, obok dużej kampusowej stołówki i najbardziej znanej uniwersyteckiej bramy – Sather Gate. W południe trudno tamtędy przejść, gdyż po obu stronach traktu komunikacyjnego ustawiane są standy wszystkich możliwych organizacji studenckich: Jehowa stoją obok Muzułmanów, chińscy studenci chcą rozmawiać o Jezusie, Palestyńczycy o Gazie, a studenci z Afryki grają na bębnach. Między standami i przechodniami krążą studenci z ulotkami, namawiając do: zapisania się do jednego z bractw, wzięcia udziału w badaniach naukowych, kupienia nasion marihuany, czy odwiedzenia najnowszej tajskiej restauracji w Berkeley. Wzięcie ulotki lub zostanie namówionym do podpisania jakiejś petycji w gwarze Cal nazywane jest „Sproul Foul”. Dla mnie Sproul to najbardziej różnorodne, otwarte i tolerancyjne miejsce w Berkeley. Szkoda, że tak nie może być zawsze i wszędzie.

Sproul

Sproul

 

To, co opisałam w części wpisu poświeconej moim obserwacjom w rozwoju free speech jest podobne do moich wcześniejszych, francuskich obserwacji. Podkreślenie przynależności do danej grupy, wyróżnianie swojego pochodzenia. Na przykład ostatnio głośno było (także w polskich mediach) o proteście czarnoskórych (i nie tylko) artystów przeciwko braku oscarowej nominacji dla twórców afroamerykańskich. A wydawać by się mogło, że nagrody dostaje się za pracę… Albo to, że na UCB studenci Latino mają swoje akademiki, studenci chińscy – swoje (można to porownać do urbanistycznego zjawiska gated communities). W uniwersyteckiej gazecie „Daily Californian” pojawiają się cotygodniowe studenckie felietony o tym, jak to jest być Żydówką w Berkeley, jak to jest być Afroamerykaninem. Czasami się temu dziwię, ale, po każdorazowej publikacji w amerykańskiej prasie doniesień z Polski i fali pytań i zdziwień skierowanych do mnie, którymi te publikacje skutkują, też czasem myślę o napisaniu felietonu o tym, jak to jest być Polką w lewicowym Berkeley.

Będąc w Berkeley, mam też pewien problem z odpowiedzią na często zadawane mi przez tubylców pytanie „Jak ci się tu podoba?”. Zazwyczaj odpowiadam, że mam wrażenie, że są dwa Berkeley: jedno to kampus, który jest prawdziwym Bear Territory – wszyscy żyją w zgodzie i szacunku, skromnie i razem, w znakomitych warunkach, pracują na rzecz nauki. I reszta świata: uprzedzenia, dochodzenie swoich praw, których przestrzeganie jest kwestionowane, społeczne przyzwolenie na to, by kandydaci na kandydatów na prezydenta kraju przez kilka miesięcy prali swoje brudy w telewizji i wynajmowali na spotkania z popierającymi ich stadiony czy hale za kwoty, które pozwoliłyby utrzymać wielu bezdomnych. Ferrari, Maserati i Tesle przejeżdżające przez Berkeley i reprezentacyjne części San Francisco tuż obok bezdomnych, którzy cały swój dobytek wożą ze sobą w sklepowych wózkach… No i presja wymagająca odpowiadania „I’m great” na pytanie „How are you?”. Wszak tu każdy dzień jest awesome and amazing, a problemy to challenges.

Tekst i zdjęcia: Zuza Wiorogórska, Oddział Wydawnictw Ciągłych czyli 

Korzystałam z:

Cz. Miłosz: Widzenia nad Zatoką San Francisco. Paryż, 1980. BUW Wolny Dostęp: PG7158.M553 W5 (zachowana pisownia oryginalna cytatów)

„Daily Californian”. Archiwa – codzienna, niezależna gazeta wydawana przez studentów UCB. http://www.dailycal.org

A. Franaszek: Miłosz: biografia. Kraków, 2011. BUW Wolny Dostęp: PG7158.M5532 F73

2 comments for “Free Speech Movement (FSM)

  1. Marianna
    28 kwietnia 2016 at 09:18

    świetne, może więcej?

  2. WM
    5 maja 2016 at 15:04

    Bardzo ciekawie opisane. Fajny obraz się z tego opisu wyłania – społeczeństwo zróżnicowane, ale świadome i dumne ze swojej tożsamości. A nie nudna homogeniczna masa 🙂
    PS. Jako biedny szaraczek lubię oglądać cudze Maserati i Tesle – chyba lepiej tak niż „każdy ma Syrenkę”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.