BuwLOG

Książka po coś

Pewne przysłowie łacińskie w pełni uzasadnia powstanie książki: Verba volant, scripta manent (Powiedziane ulatuje, napisane pozostaje). A wesoła dykteryjka o pewnym znanym pisarzu potwierdza jedynie tę oczywistą oczywistość:

Pewnego dnia odwiedził Aleksandra Dumasa jego syn i zastał ojca zatopionego w czytaniu jakiejś książki. Ojciec zaledwie odpowiedział na powitanie syna.

– Co takiego ciekawego czytasz, ojcze? – zapytał.

Stary Dumas podniósł na chwilę oczy od książki:

– Widzisz mój synu, to jest ciekawa historia. Przetrząsając niedawno bibliotekę, znalazłem książkę, która mnie całkowicie pochłonęła. Muszę się jak najszybciej dowiedzieć, co stanie się z bohaterami.

– A któż to napisał tę książkę, jeśli można zapytać?

– Ja! Ja sam ją kiedyś napisałem, ale proszę cię nie przeszkadzaj mi!

(Szymański K., R.: Anegdoty, dykteryjki…1988 – BUW Wolny Dostęp: PN6267.P6 A54 1988)

Nie ma potrzeby zapewniać nikogo, że książka pełni bardzo ważną funkcję społeczną w naszym świecie. Oprócz tego, że posiada moc rozweselania i  wzruszania, to potrafi obudzić w nas strach, doprowadzić do płaczu i jeszcze czegoś nas nauczyć. Można ją uznać za nadzwyczajne narzędzie do przekazywania informacji i przechowywania wspomnień. Jest również jednym z podstawowych kanałów komunikacyjnych i tak naprawdę towarzyszy nam nieprzerwanie przez całe nasze życie.

Książka uczy, książka bawi, książka nigdy Was nie zdradzi 🙂

Ośmielam się przypuszczać, że dla każdego książka znaczy co innego. Ma inną wartość. Ale pewne jest to, że książki posiadają dar łączenia pokoleń: po prostu w każdym czytelniku potrafią wzbudzić emocje.

Wyjątkowość jednej z książek, którą przechowuję w pamięci od wielu długich lat i do której często wracam, stała się inspiracją i zdopingowała mnie do zbudowania króciutkiej historyjki o niej samej:

– Znalazł się klucz od piwnicy…ojca na starość opuściła pamięć…wyobrażasz sobie? Wkitrał  klucz do tej koszuli w kratę co mu kupiłam na Gwiazdkę. Dobrze, że w tym domu chociaż ja jestem przytomna i przed włożeniem do pralki sprawdziłam kieszenie…a na co ci ten klucz? Przez te wszystkie lata nawet wołami nie można cię było zaciągnąć do piwnicy, a raptem teraz żyć bez niej nie możesz…słuchasz mnie w ogóle?

Nie słuchałam. Mamine narzekania były akurat tak przewidywalnym i stałym elementem naszej wspólnej codzienności,  że przestałam na nie zwracać uwagę. Najważniejsze, że klucz wcale się nie zgubił, tylko przespał trzy doby w przytulnej, kraciastej kieszonce. W sypialence wielkości pudełka zapałek…

Zawsze bałam się piwnic. Pełnych pajęczych zakamarków i lepkiej ciemności, która krępowała moje ruchy. Kochałam za to duszne i jasne strychy z roztańczonymi w powietrzu drobinkami kurzu. Własny strych, który wciąż pozostawał jedynie w sferze marzeń, jawił mi się jako królestwo pełne skarbów skrywające w ścianach ciche szlochy i szeptane zwierzenia.

Zbiegałam na dół, przeskakując po dwa stopnie i przez chwilę poczułam się zupełnie jak dwadzieścia kilogramów temu…lekka jak piórko. To zabawne, ale kiedy byłam nastolatką wydawało mi się, że nawet schody do nieba nie oznaczają mozolnej wspinaczki. Piwnica. Miejsce precyzyjnie omijane przez promienie słoneczne. Okradziona z klosza, lekko zaspana żarówka potrzebowała czasu, aby rozjaśnić mroczne pomieszczenie. Zupełnie tak, jakby była zaskoczona tym, że ktoś czegoś od niej chce. Opuszczone, zapomniane i dziwaczne przedmioty stały zrezygnowane opierając się o ściany. Mój wzrok przykuł regał z równiutko poustawianymi na nim książkami. Bingo! Nerwowo szukałam znajomej okładki. Książka stała skromnie pośród innych. Zdjęłam ją ostrożnie z półki i z czułością pogładziłam wyblakły grzbiet.

– Cześć staruszko, dawno się nie widziałyśmy, ale to się zmieni, obiecuję – szepnęłam z poczuciem winy – Gniewasz się, prawda? Nikt nie lubi być porzuconym, rozumiem to świetnie. Ktoś, bardzo wyjątkowy sprawił, że sobie o tobie przypomniałam…

Ławki na peronach dworcowych nie są najlepszym miejscem do czytania książek. Tak uważam. Niewidzialne, ale wyczuwalne napięcie krąży bez ustanku nad głowami zniecierpliwionych podróżnych, przegania kruchą harmonię, a i niekiedy potrafi strącić człowiekowi czapkę z głowy. A pochłanianie lektur wymaga ciszy i skupienia. Powtórzę więc: Ławki na peronach dworcowych nie są najlepszym miejscem do czytania książek! Ona jak widać nie podzielała mojego zdania. Siedziała na jednej z takich właśnie dworcowych ławek. Burza jasnych, potarganych włosów zasłaniała jej twarz. Patrzyłam na nią i miałam wrażenie, że jej smukła postać w całości  skupiona jest  na czytaniu lektury (nie zdziwiłabym się, gdyby palce u nóg także śledziły losy bohaterów ). Mignęła żółta okładka. To wystarczyło, abym nabrała pewności, że mam przed sobą właścicielkę zielonych oczu. Nagle poczułam się otulona wspomnieniami  letnich kolonii w Szczypiornie i kiełkującej tam przyjaźni, która miała trwać aż po grób. A wspomnienie książki podarowanej mi przez dziewczynkę o włosach jasnych jak len i groszkowych oczach odetchnęło głęboko, z wielką ulgą…

– Celestyna! – wyrwało mi się raptownie, ale przysięgam – mimo woli. Młoda dama oderwała się z widoczną niechęcią od lektury i popatrzyła na mnie oczami w kolorze brokułów.

– Przepraszam, byłam pewna, że nie myślę na głos. A jednak…Niech zgadnę! Czyta pani „Szóstą klepkę” i jest pani wypisz wymaluj Celestyną!!

Żółte światło lampki umieszczonej nad umywalką oblało twarz Celestyny. Obiektywnie była to twarz miła, optymistyczna i różowa, o jasnych oczach, jasnych brwiach, jasnych rzęsach jasnych kudłatych włosach wokół tego wszystkiego. Jasne oczy miały spojrzenie uczciwe i myślące, a na twarzy malowały się wrodzona pogoda i poczucie humoru. Wydawałoby się, że ten zespół zalet wystarczy, by wprawić osobę szesnastoletnią w stan zadowolenia z własnej powierzchowności. Ale Celestyna była odmiennego zdania…

– Ojej, to aż tak widać?!! – usta zamieniły się w smutną podkówkę – W ogóle, to ja mam na imię Celestyna. Rodzicom za nadawanie takich imion powinno się odbierać prawa rodzicielskie – jęknęła zrezygnowana – i jak Celestyna jestem brzydka. Pospolita Cielęcina…Wie pani, mama jest miłośniczką Małgorzaty Musierowicz…

– Pozwolę sobie zaprzeczyć!! Przecież to piękne imię. I pasują do niego szmaragdy. A pani ma zielone oczy. Jest pani wprost skazana na to imię…Jeśli zaś chodzi o urodę, to zapewne skradła już pani niejedno męskie serce!

– Całą podstawówkę odmieniano, zdrabniano i przekręcano moje imię na miliony sposobów… Nawet szkielet w pracowni biologicznej miał na czole wyryte drukowanymi literami… moje imię, podejrzewam, że śrubokrętem… –  westchnęła przybita – W liceum też nie jest lepiej… – Jedynie Jurek mnie rozumie…Wiem, wiem, to jakaś klątwa. Nawet mój chłopak ma na imię tak jak bohater książki – Ale to akurat najmniej mi przeszkadza – zarumieniła się ślicznie – A „Szóstą klepkę” postanowiłam przeczytać zaraz po tym jak odkryłam dlaczego jestem Celestyną. I proszę sobie wyobrazić, że wracam do niej niezmiernie często…Wie pani, ona ma moc poprawiania nastroju…

– Cieszę się, że panią spotkałam. Przypomniała mi pani pewne wakacje, na których poznałam identyczną  jak pani Celestynę, tylko o zupełnie innym imieniu. Tamta Celestyna miała na imię Olimpia i podarowała mi swój własny egzemplarz „Szóstej klepki”.

– Zaraz, zaraz…Moja mama też ma na imię Olimpia…Czy to pani jest tą dziewczynką z kolonii w Szczypiornie?!…

Uśmiechnęłam się promiennie. Co za niewiarygodna historia!

Wiedziałam już co mam zrobić. Swój egzemplarz „Szóstej klepki” z dedykacją Na pamiątkę miłej i sympatycznej Dorci, koleżanka Olimpia. Szczypiorno’83 postawię na tej półce przy oknie. Wezmę od Celestyny telefon i zadzwonię do Olimpii, może i ona będzie chciała powspominać czarodziejskie kolonie…Zapowiadał się dobry dzień…

Boci@n

Lektura do poczytania:

Musierowicz M.: Szósta klepka (wyd. 1982 – BUW Magazyn 503196, wyd. 2003 – BUW Wolny Dostęp PG7172.U78 S96 2003)

– Bieńkowska B.: Książka na przestrzeni dziejów. Warszawa 2005 (BUW Wolny Dostęp Z4.B54 2005)

– Bieńkowska B., Chamerska H.: Zarys dziejów książki. Warszawa 1987 (BUW Wolny Dostęp Z4.B55 1987)

– Febvre L., Martin H.J.: Narodziny książki. Warszawa 2014 (BUW Wolny Dostęp Z4.F43165 2014)

8 comments for “Książka po coś

  1. BCH
    15 września 2016 at 10:53

    Pani Doroto,niech Pani szybko napisze kolejny tekst! To się tak dobrze czyta!

  2. Jan Woreczko
    15 września 2016 at 13:44

    Dobrze, że jest dowód w postaci kopii dedykacji. Bo historia wprost nie do uwierzenia.

  3. Ulcia
    16 września 2016 at 00:33

    Poproszę kolejne, zawsze czytam i zawsze sie do tych tekstów uśmiecham.

    • Dorota Bocian
      16 września 2016 at 11:56

      A ja kłaniam się Państwu nisko, dziękuję za dobre słowa 🙂 i dziękuję za poświęcony mi czas 🙂 Pozdrawiam ciepło, Dorota Bocian (Boci@n)

  4. Ania
    16 września 2016 at 10:48

    Zgadzam się w stu procentach: książka dla każdego znaczy co innego. Świetne odmienne spojrzenie a historia rzeczywiście niewiarygodna. Nawet gdyby była zmyślona, to nie miałoby to znaczenia i tak warto się nad nią pochylić.

  5. klekot
    23 września 2016 at 15:08

    Jak zwykle – WOW!!! Szkoda tylko, że takie krótkie są te historie. Może nadszedł już czas, aby przestać się bać i napisać coś dłuższego. Czytelników nie zabraknie. 🙂

  6. ABC
    29 września 2016 at 08:55

    Książka jest dobra na wszystko.Dziękuje Pani Doroto za wspaniały tekst nasuwający na myśl wakacyjne czytanie książek,piękne przyjażnie i powroty do lektur z czasów kiedy było się nastolatką. Dziękuję za wywołanie uśmiechu. Bardzo proszę o więcej.Mam nadzieję,że będzie Pani jednak częściej gościć na blogu.

    • Dorota Bocian
      30 września 2016 at 11:56

      Drodzy Państwo 🙂 Nie zdajecie sobie sprawy z tego, ile radości sprawiają mi Państwa komentarze 🙂 Bardzo za wszystkie dziękuję i uprzejmie informuję, że w takim razie zabieram się ochoczo do pracy!! Dorota Bocian (Boci@n)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *