O konserwacji, przygotowaniu i transporcie wypożyczonych z BUW obiektów, wyprawie do Rzymu i wystawie “Królowa Polski na Kapitolu: Maria Kazimiera i królewska rodzina Sobieskich w Rzymie” w Muzeach Kapitolińskich opowiada Agata Ciecierska-Kadlof z Oddziału Ochrony i Konserwacji Zbiorów BUW, rozmawia Agnieszka Kania z Oddziału Rozwoju Zasobów Elektronicznych.
Agnieszka Kania: Pytanie na rozgrzewkę: jaka pogoda w Rzymie?
Agata Ciecierska-Kadlof: Lepsza niż tu, zdecydowanie. Przez dwa dni było świetnie, to znaczy było gorąco, ale tak, że da się żyć. Natomiast trzeciego dnia upał mnie i kurierkę z Zamku Królewskiego, panią Dorotę Iwaniuk, prawie wykończył, bo było chyba z 36° w cieniu i zero ruchu powietrza. To był kompletny armageddon. Jak już dotarłyśmy na lotnisko, to było… [westchnienie ulgi]. Cały nasz pobyt tak wyglądał: o, klimatyzacja, to tu zostajemy. Przeżyłam dzisiaj rano szok jak wstałam i wyszłam na te 13°.
AK: Szok termiczny?
ACK: Tak. Połowa czerwca i 13° w ciągu dnia? Mam nadzieję, że trochę przywiozłam słońca w walizce.
AK: Też mam taką nadzieję. Nie byłaś jedynym polskim akcentem w zeszłym tygodniu w Rzymie. Pojechałaś tam w związku z wystawą w Muzeach Kapitolińskich. Opowiedz, w jakiej roli tam byłaś?
ACK: Pojechałam tam w roli kuriera naszych obiektów zabytkowych: grafiki z Gabinetu Rycin przedstawiającej Jana III Sobieskiego na koniu po triumfie pod Wiedniem i starego druku – panegiryku na cześć Sobieskiego, który nawiązywał do tradycji panowania od cesarzy rzymskich i Konstantyna Wielkiego. Wystawiono sztukę na ten temat, żeby upamiętnić i uhonorować Sobieskiego jako obrońcę chrześcijaństwa i Europy.

AK: Mówią, że Rzym nie powstał w jeden dzień. A ile czasu Tobie zajęło przygotowanie tych obiektów?
ACK: Nad tym pracowały dwie osoby z oddziału: Ola Prokop i Asia Kołodziejska, nasza kierowniczka. Ponieważ wszystko działo się bardzo szybko i bardzo intensywnie, obiekty w zasadzie przeszły tylko drobną kosmetykę. Szczególnie stary druk miał podklejone najbardziej newralgiczne pęknięcia, żeby się nie pogłębiły. Natomiast nie była to pełna konserwacja. Stary druk został w powojennej oprawie z XX wieku z kwaśnej tektury, ale nie było możliwości, żeby go rozłożyć na czynniki pierwsze przed wystawą, bo było na to zbyt mało czasu. Natomiast Sobieski był po dawnych naprawach i reparacjach. Przygotowałam go wcześniej w passe partout do wystawienia na Noc Muzeów, także przygotowanie Sobieskiego nie było zbyt długotrwałe, nie były wykonywane żadne prace konserwatorskie. Obiekty były w takim stanie, że nadawały się do transportu przez pół Europy.
AK: Powiedziałabyś, że to był wyścig z czasem?
ACK: Wyścig z czasem dotyczył głównie papierologii i zgromadzenia wszystkich niezbędnych dokumentów.
AK: Drukujecie u nas w ORZE metryki konserwatorskie i dokumentację do protokołów – domyślam się, że przy przygotowaniach obiektu na wystawę jest mnóstwo papierkowej roboty. Czy duża część tego jest u was w oddziale?
ACK: Po naszej stronie leży opisanie stanu zachowania obiektów i podpisywanie dokumentów przy przekazywaniu. Rozmawiamy z konserwatorami po drugiej stronie i ustalamy, czy akceptują ten opis, czy na przykład ich zdaniem jakieś uszkodzenie nie zostało właściwie opisane i chcieliby coś zmienić, żeby zabezpieczyć interesy swojej instytucji. Wtedy uzupełniamy opis o dodatkowe uwagi w czasie przekazania obiektów. Przy takim przekazaniu zawsze są obecni opiekunowie zbiorów, jeśli odbywa się w BUWie. Natomiast kiedy obiekty od nas wyjeżdżają, zazwyczaj jedzie też kurier z BUWu, żeby dopilnować wszystkich dokumentów. Jest to nie tylko protokół stanu zachowania, ale też protokół przekazania obiektów. Tutaj trzeba było też dołączyć pozwolenia na wywóz obiektów. To są pozwolenia czasowe, więc obiekty muszą wrócić przed upływem wyznaczonego czasu. Dla starego druku dokumenty wystawiała Biblioteka Narodowa, natomiast dla grafiki Wojewódzki Urząd Konserwatora Zabytków.
AK: Czy były jakieś wytyczne ze strony organizatorów wystawy dotyczące sposobu ekspozycji, które wpływają na to, jak przygotowujecie obiekt?

ACK: Przy tej wystawie nie. To jest tak, że to my jako instytucja, która jest właścicielem obiektów, dajemy wytyczne, na jakie rozwiązanie się zgadzamy. Zazwyczaj jeżeli obiekt jest w ramie, jest to tożsame z tym, że jest wieszany na ścianie. Jeśli jest to stary druk, oczywiście musi mieć klosz bądź pełną gablotę, czasem klimatyzowaną w zależności od tego, jakie są warunki na ekspozycji. To my określamy wtedy kąt otwarcia woluminu. Akurat w przypadku tego starego druku oprawa była zrobiona, więc mógł leżeć w gablocie całkiem płasko, żeby karta tytułowa z Konstantynem i Janem III Sobieskim była czytelna. Natomiast jeżeli instytucje mają jakieś nietypowe pomysły, wtedy zwracają się z pytaniem, czy mogłyby je zrealizować, a my wraz z dyrekcją i opiekunami zbiorów dyskutujemy, czy jest to dla nas akceptowalne, a jeśli tak, to w jaki sposób obiekty zostaną przetransportowane i przekazane. Jeśli użyczamy obiekt w ramie, to jest on już dość dobrze zabezpieczony: od lica ma szybę, warstwę passe partout, jest w ramie, z tyłu ma plecy, warstwę tektury od passe partout, także jest to dość bezpieczne w transporcie. Natomiast jeśli instytucja chce wypożyczyć obiekty bez ram, co się u nas bardzo rzadko zdarza, to musimy zadbać o odpowiednie zabezpieczenie tego obiektu w pudło na czas transportu. Tu już ryzyko jest dość duże, że coś będzie „latać”, że okienko passe partout się uchyli, obiekt się uszkodzi albo „zawinie się” przy passe partout.
AK: Czyli zazwyczaj to działa w drugą stronę niż myślałam: instytucja od nas dostaje wachlarz opcji i z nimi pracuje nad pomysłem na ekspozycję.
ACK: Tak, dokładnie, procedura jest odwrotna. Dajemy im też zawsze wytyczne, jakie warunki klimatyczne powinny być spełnione na salach ekspozycyjnych. Zazwyczaj domagamy się odczytów z czujników temperaturowo-wilgotnościowych, żebyśmy mieli wgląd, czy to w ogóle jest realne, żeby utrzymać warunki przez nas wskazane. Ostatnio z jednej instytucji padło przy odbiorze pytanie, czy życzymy sobie umieścić prosorby – takie żele pochłaniające nadmiar wilgoci, atestowane do obiektów zabytkowych. Tak naprawdę nie mamy obowiązku tego żądać, ponieważ dajemy wytyczne, że ma być temperatura 20°C z tolerancją 2°, wilgotność powietrza 50% z tolerancją 5%. A w jaki sposób instytucja zadba o to, żeby nasze obiekty miały takie warunki, to już jest ich sprawa. Czy wstawią osuszacz, czy zawieszą klimatyzator, czy wykorzystają prosorby do gabloty, bo muzeum otacza na przykład park i dużo pada – to już nie jest nasza sprawa.

AK: Powiedziałaś już trochę o warunkach, jakie muszą panować na ekspozycji i o tym, jak się zabezpiecza i pakuje na czas transportu rycinę…
ACK: Tak, jest jeszcze stary druk, on ma zazwyczaj przez nas wykonywaną obwolutę. Zamawiane jest jeszcze do tego pudło na wymiar, tak że obiekt leży stabilnie, jest zabezpieczony przed ewentualnymi wgnieceniami. W tym przypadku, ponieważ było za mało czasu na zrobienie pudła, wykonywałyśmy same taką sztywną, zabezpieczającą kopertę, składającą się z bezpiecznej wielowarstwowej tektury falistej. Pudełko było bardzo grubo wycięte w środku – jak norka, koszyczek, otwór wycięty na ten stary druk na grubość 2,5-3 cm. To była bardzo drobna książeniunia. W obwolucie obiekt trafia do tego pudełka, pudełko jest zawiązywane, owijane dodatkowo w tyvek (syntetyczny, miękki papier). Pudło wsadzamy w gąbki. Skrzynia jest też wyłożona w środku gąbkami amortyzującymi na wymiar pudełka. Pudełko jest wkładane w skrzynię, przykrywane kolejną warstwą gąbek i skrzynia jest dokręcana. Skrzynia w środku ma takie wypustki, które stabilizują całą zawartość.
AK: Wyobraziłam sobie właśnie taką drewnianą, antyczną skrzynię, ale pewnie są plastikowe…
ACK: Nie! Są drewniane. Te, których użyła firma, są drewnianymi skrzyniami.
AK: Naprawdę??
ACK: Tylko jest niebieska…
AK: O, nieee…
ACK: No właśnie. Trochę rujnuje to obraz sytuacji.
AK: Mogłaś mi nie mówić.
ACK: Tak, skrzynia jest drewniana, ja trochę się czułam jak Indiana Jones, jak oni to wyciągali ze skrzyń. Wyznaczamy konkretne warunki, jakie muszą panować w transporcie: pojazd ma być amortyzowany, skrzynie muszą być przymocowane. Są to rzeczy oczywiste i firmy, które się zajmują profesjonalnie przewozem muzealiów o tym wiedzą, natomiast w wytycznych musi to być jednak wskazane. Powinien być też agregat, który zapewni utrzymanie stałej temperatury i wilgotności, żeby nic się nie wypaczyło, nie pofalowało. Warunki muszą być bardzo stabilne. Skrzynie dlatego też są drewniane. Drewno jest higroskopijne, a w przypadku gwałtownych zmian drewno pracuje i chłonie wilgoć w przeciwieństwie do plastiku. Jeżeli masz plastikową skrzynię zamkniętą szczelnie, to jeśli zmieni się temperatura, woda zacznie się skraplać w środku. Drewno adaptuje się do warunków – jeśli zaczyna rosnąć temperatura, drewno oddaje wilgoć, wysycha, a gdy temperatura maleje i w środku jest cieplej, to drewno jest w stanie zaabsorbować trochę wilgoci. Dlatego skrzynie są drewniane.


AK: Powiedz, że niebieska farba też ma jakiś sens jakiś wyższy cel istnienia.
ACK: Jestem na 90% przekonana, że jest ognioodporna albo przynajmniej nie tak łatwopalna jak inne farby, żeby w przypadku pożaru skrzynia nie zapaliła się od razu. Zwykłe farby na rozpuszczalnikach błyskawicznie ulegają spaleniu. Większość skrzyń do transportu, które widziałam, były niebieskie, także wydaje mi się, że farba jest po prostu atestowana konkretnie pod transport, tak samo jak kartony, których używamy do opraw i pudeł ochronnych mają określony współczynnik ogniotrwałości.
AK: Ok, zaczęłam bardziej lubić niebieską farbę. Towarzyszyłaś tym obiektom przez całą drogę z Warszawy do Rzymu?
ACK: Nie. Niestety okazało się na półmetku dopinania spraw formalnych, że w ciężarówce firmy jest dostępne tylko jedno miejsce dla kuriera – z Zamku Królewskiego, który na nasz wniosek wyraził zgodę na objęcie opieką kurierską na czas transportu również naszych obiektów. Miał na to specjalne upoważnienie podpisywane przez nasz Wydział Archeologii, bo to on formalnie był jednostką współorganizującą ten transport. Ja doleciałam do Rzymu samolotem i czekałam w Muzeum Kapitolińskim na nasze obiekty, które musiały mieć przerwę postojową, ponieważ okazało się, że owszem, muzeum dostarczyło dokument zezwalający na wjazd ciężarówki na Kapitol, natomiast nie dostarczyło zezwolenia na wjazd do centrum miasta, które dla ciężarówek jest dostępne od 18:30.
AK: Ostatnie kilka metrów było bardziej kłopotliwe, niż podróż z kraju do kraju.
ACK: Ale wydawać by się mogło, że akurat o tym powinna pomyśleć instytucja od nas wypożyczająca obiekty, no bo to oni najlepiej znają specyfikę miasta, i jak załatwiają dokument i pozwolenie na wjazd, to mają świadomość tego, że do centrum miasta nie można wjechać ciężarówką.
AK: Czyli Ty leciałaś sobie samolotem, komfortowo. Wyobrażałam sobie, że jedziesz skulona na pace furgonetki.
ACK: Nie, nie, na pace nie ma miejsca dla kurierów. Chociaż byłoby komfortowo, bo było bardzo dużo miejsca. Jechały tylko cztery obiekty, z czego trzy były dość małe. Sobieski na koniu z Zamku Królewskiego był potężny. Ale między nimi spokojnie można byłoby spać, gdyby to było dozwolone.
AK: No widzisz, mam wyobrażenia jak z jakiegoś filmu. Ale przynajmniej skrzynia jest drewniana! A co w takiej sytuacji: jest postój na stacji benzynowej i ktoś nagle porywa Sobieskiego i zaczyna uciekać. Są ćwiczone jakieś scenariusze na sytuacje kryzysowe?
ACK: To jest tak, że do granicy polski jedzie uzbrojony konwój, co jest dość ciekawe, bo już za granicę nie jedzie. Natomiast całą logistykę transportu ogarnia firma transportowa. Mają swoje postoje, dbają o to, żeby ciężarówka była odpowiednio zaopatrzona w paliwo, żeby postoje i parkingi były strzeżone. Teraz jechali tylko z jednym przystankiem, a poza tym ciągiem przez 10 godzin. Postój był na parkingu strzeżonym i monitorowanym. Pracownicy z obiektami spali w hotelu tuż obok.
AK: Każdy postój jest dokładnie zaplanowany, nie ma przypadkowych?
ACK: Tak jest. Jest zaplanowana trasa. Firma ma podpisywane umowy z parkingami, które są monitorowane, strzeżone i spełniają wszystkie wymogi bezpieczeństwa. To nie są parkingi, gdzie może każdy wejść. Trasa też jest przez nas akceptowana. Firma transportowa musi ją nam przedstawić, żebyśmy ją zaaprobowali, żeby nie było sytuacji, że dojeżdżamy do punktu docelowego, muzeum zamknięte, pracowników nie ma, a nasz kurier zostaje z trzema walizami pod drzwiami i tam siedzi.
AK: To jest dużo bardziej profesjonalny i skomplikowany proces niż sobie wyobrażałam. W samym Rzymie, jak rozumiem, byłaś przy instalacji obiektów na wystawie.
ACK: Tak, to było moje główne zadanie, żeby nadzorować montaż obiektów i dopełnić formalności, ocenić ich stan zachowania po przyjeździe, czy nic się nie zadziało niepokojącego w transporcie, nadzorować samo wyładowanie obiektów i transport furgonetką do pracowni, w której było to rozmontowywane, a potem też z pracowni na wystawę i na samej wystawie – czy wszystko jest odpowiednio zabezpieczone, czy nie leży gdzieś na środku pod kartonem i nie zostanie zdeptane.

AK: Takie zakulisowe rzeczy są najciekawsze. Na przykład bardzo mi się podoba to zdjęcie z rozstawioną drabiną.
ACK: Ta drabina była ustawiona tak, że jak Sobieski nie daj Boże spadnie, to oprze się o drabinę, zanim go zdążymy złapać. [śmiech] Nie, ona była po to, żeby zajrzeć czy haki dobrze trzymają Sobieskiego. Natomiast myśmy tę drabinę odrobinę przepchnęły na wszelki wypadek. Łatwiej podeprzeć całą drabinę niż ten obiekt. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca, ale to są rzeczy, na które musimy jako kurierzy zwracać uwagę i dbać o to, czy sposób montażu samych haczyków jest prawidłowy, czy nie wymyślili jakichś dziwnych rzeczy, które są nieakceptowalne, jakiegoś nietypowego systemu montażu. Musimy każde takie wątpliwości rozwiać i zaakceptować. Jeśli coś jest wykonane źle, to trzeba uprzejmie lecz stanowczo zgłosić wątpliwości i odmówić możliwości montażu w takich warunkach.
AK: Zdarzyło ci się kiedyś odmówić?
ACK: Zdarzyło mi się odmówić wydania obiektu w momencie, kiedy miała być już podpisywana umowa, a ja dopiero wtedy zobaczyłam obiekty. Chodziło o stan zachowania. To szczególnie dotyczy wżerów atramentowych, kiedy atrament koroduje papier. Tak naprawdę każda ekspozycja jest czynnikiem przyspieszającym proces korozji, który może doprowadzić do tego, że elementy, które są narysowane, po prostu wypadną, bo papier się wykruszy, a włókna zostaną tak bardzo zdegradowane i skrócone, że cały obiekt się rozpadnie. Jeden z takich obiektów ostatnio cofnęłam z wystawy. Oczywiście to musi być poparte odpowiednimi argumentami, nie na zasadzie “nie, bo nie”. Tamten obiekt był jakiś czas temu na ekspozycji w tej samej instytucji, gdzie był eksponowany przez kilka miesięcy. Nie minęło pół roku, a instytucja chciała go ponownie. Wtedy nie ma takiej możliwości, żeby go użyczyć, bo obiekt powinien mieć przynajmniej kilkuletnią przerwę i czas na „odsapnięcie” i a my na jego obserwację, czy wżery postępują i ewentualnie czas na jakieś działania prewencyjne. Wżery są ciągle w fazie badań. Nie mamy jeszcze stuprocentowo pewnej metody, która zabezpieczy atramenty żelazowo-galusowe przed degradacją. To jest niesamowicie ciekawe, bo te atramenty były tworzone ręcznie, każdy przygotowywał je według własnej receptury. Jeśli ktoś miał gorszy dzień albo dopiero się uczył, to widać po atramentach, że są bardziej korodujące, bo jest tam dużo więcej niezwiązanych jonów żelaza. Tak się zdarza kiedy proces chemiczny został źle przeprowadzony, przerwany albo niedokończony, albo jakichś składników było za mało. Jeśli atrament żelazowo-galusowy jest wykonany wedle sztuki, to nie dzieje się z nimi prawie nic.
AK: Czyli nie dość, że musisz wiedzieć wszystko o danej technice, to jeszcze musisz przewidzieć wszystkie przypadkowe nieprofesjonalizmy ostatnich stuleci, żeby indywidualnie ocenić każdy przypadek?
ACK: Tak, każdy obiekt powinien być indywidualnie oceniany i powinniśmy się zapoznać dokładnie z jego stanem zachowania, żeby go móc z czystym sumieniem i śpiąc po nocach wypuścić na taką wystawę i nie zastanawiać się, czy nam część obiektu nie wypadnie w ramie.
AK: Tym razem spałaś spokojnie, mam nadzieję. Muzea Kapitolińskie to poważna instytucja. Zażyli cię profesjonalizmem, jeśli chodzi o przygotowanie wszystkiego?
ACK: Byli bardzo zaangażowani w przygotowania. Zaskoczył ich na przykład profesjonalizm i szczegółowość naszych opisów w protokołach konserwatorskich. Oni nie dołączają zdjęć, tak jak my.
AK: Czyli to my zażyliśmy ich.
Na część drugą rozmowy – o montażu, wernisażu i rzymskich perypetiach Agaty i Jana III Sobieskiego – zapraszamy za tydzień.
