BuwLOG

W domenie publicznej życie zaczyna się po 70. Edycja 2026: Tadeusz Sygietyński (1896-1955) – nie tylko „Mazowsze”

Tadeusz Sygietyński, 1950. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Minęła połowa 2026 r., czas więc najwyższy powrócić do naszego zwyczaju prezentowania artystów,  których twórczość uzyskała prawo publicznego, otwartego dostępu, związanych z Uniwersytetem Warszawskim osobiście lub poprzez zbiory należące do Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.

Niewielkie hasło poświęcone Tadeuszowi Sygietyńskiemu w Encyklopedii Muzycznej Polskiego Wydawnictwa Muzycznego poprzedzone jest dwukrotnie dłuższym – o jego ojcu, Antonim, czołowej postaci warszawskiej krytyki artystycznej z przełomu XIX i XX w., pianiście, pedagogu i publicyście. Ale to Tadeusz, nie Antoni doczekał się pomnika – stoi on dzisiaj na placu przed zespołem pałacowym w podwarszawskim Karolinie, a Państwowy Zespół Ludowy Pieśni i Tańca „Mazowsze” przyjął w oficjalnej nazwie jego patronat: imienia Tadeusza Sygietyńskiego.

„Mazowsze” jest więc i zapewne pozostanie podstawowym kontekstem, z jakim będzie Tadeusz Sygietyński kojarzony, choć ich wspólna historia dotyczy zaledwie kilku ostatnich lat życia kompozytora, pianisty i twórcy zespołu.

Tadeusz Sygietyński podczas próby przed pierwszą premierą zespołu, 1950 r. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Muzyczne wykształcenie zawdzięczał ojcu, choć – jak wspominała jedna z dwóch starszych sióstr Tadeusza – bardzo wcześnie i samodzielnie nauczył się gry na fortepianie. Urodził się w Warszawie w 1896 r. i mieszkał w niej do 11 roku życia. Matka, Helena z domu Golińska pochodziła z rodziny politycznie zaangażowanej – działalność na rzecz Polskiej Partii Socjalistycznej przypłaciła aresztowaniem. Zdołała uciec z więzienia, ale pozostać na terenie Królestwa Polskiego, oczywiście, nie mogła. Wraz z dziećmi schroniła się w Krakowie, a wkrótce potem – we Lwowie.

Tadeusz spędził we Lwowie trzy lata, ucząc się w gimnazjum i w konserwatorium (jego nauczycielami byli Mieczysław Sołtys i Stanisław Niewiadomski), i chociaż musiał – mimo młodego wieku – łączyć edukację z pracą zarobkową, były to dla niego lata szczęśliwe. Ojciec, rozpoznając muzyczne zdolności syna, zdecydował o kontynuacji nauki w Warszawie – Tadeusz został uczniem Instytutu Muzycznego w klasach Henryka Melcera i Romana Statkowskiego. Trwało to jednak krótko, niespełna rok, ponieważ relacje syna z ojcem nie układały się pomyślnie i Tadeusz opuścił Warszawę.

Kolejnym etapem muzycznego rozwoju był Lipsk. W tamtejszym konserwatorium kształcił się młody Sygietyński u prawdziwych znakomitości: Maxa Regera i Hugo Riemanna. Powstały wówczas jego pierwsze poważne kompozycje, żadna z nich nie zachowała się jednak do naszych czasów.

Przyszedł 1914 r., wybuchła wojna i życie młodego muzyka bardzo się skomplikowało. Musiał nie tylko przerwać studia, ale – jako Galicjanin – opuścić Niemcy. W jednym zaledwie roku Sygietyński został żołnierzem Legionów (unikając wcielenia do armii austriackiej), uczył się kompozycji u Arnolda Schönberga (wiedeńskiego kompozytora-rewolucjonisty, który „zaproponował” atonalność i dodekafonię jako nowe systemy muzyczne), trafił do więzienia za dezercję, został wysłany na front (ukraiński), ponownie znalazł się w areszcie (za krytykę celów wojennych) i powtórnie trafił na front (tym razem rosyjski), gdzie został ranny.

W odrodzonej po zaborach Polsce jako zdolny i wykształcony muzyk starał się znaleźć w Warszawie swoje miejsce. Żadna jednak z zawodowych ścieżek, jakie podejmował, nie rozwijała się tak, jak zamierzał: ani kierownictwo muzyczne kabaretu „Miraż”, ani stanowisko dyrygenta i kompozytora w Operze Warszawskiej. Próbował więc sił poza granicami Polski – w operach Grazu, Zagrzebia, Lublany… W końcu założył w Dubrowniku Ludową Orkiestrę Filharmoniczną i w sierpniu 1925 r. poprowadził jej pierwszy koncert.

Tadeusz Sygietyński z batutą pośród muzyków dubrownickiej filharmonii. Dubrownik, 1925 r. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Z zespołem tym wkrótce współpracował już inny polski kompozytor, Ludomir Michał Rogowski (1881-1954), który z końcem 1926 r. przybył do Dubrownika i pozostał w nim do końca życia. Sygietyński powrócił do Warszawy. Wciąż nie mógł jednak znaleźć w muzycznych instytucjach zatrudnienia na miarę swoich artystycznych ambicji i kompetencji.

Polityczna niejednoznaczność, jaką wykazał wobec wydarzeń przewrotu majowego, z pewnością odegrała tu swoją rolę. Za namową zaprzyjaźnionego Juliana Tuwima przez lata pracował więc Sygietyński dla warszawskich i lwowskich teatrów i kabaretów. Wreszcie 1935 r. przynosi spełnienie dwóch upragnionych marzeń: etat w Polskim Radio na stanowisku bardzo nowego zawodu: reżysera muzycznego oraz związek z ukochaną kobietą, Mirą Zimińską, aktorką, ówczesną gwiazdą estrady, z którą wielokrotnie już współpracował jako akompaniator podczas jej występów.

Mira Zimińska, 1928 r. Ze zbiorów: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Etat w Radio trwał 3 miesiące, związek z Mirą – do końca życia.

Sygietyński nie rozstał się z radiem definitywnie. Realizował okresowo autorskie audycje muzyczne dotyczące folkloru, który go od dawna interesował, aranżował też melodie – przede wszystkim ludowe – dla orkiestry radiowej.

Wybuchła kolejna wojna i po raz kolejny przepadło to, co zdołał przez lata wypracować na gruncie zawodowym. Podczas lat okupacji, o których niewiele wiadomo w odniesieniu do życia Tadeusza Sygietyńskiego, Mira Zimińska występowała w warszawskich kawiarniach prowadzonych przez artystów – U aktorek, Adria, SiM, ale także w bojkotowanym przez Polaków teatrze Złoty Ul. Sygietyński uzyskał zgodę władz polskiego podziemia na ten angaż, był on bowiem warunkiem zwolnienia Zimińskiej z Pawiaka, w którym się znalazła. Akompaniował jej we wszystkich występach.

Zaraz po wojnie przystąpił do działań organizacyjnych. Został pierwszym prezesem powołanego w Łodzi do życia Związku Autorów i Kompozytorów, zrzeszającego twórców muzyki rozrywkowej. Po powrocie do stolicy aktywnie współpracował z Teatrem Nowym (czyli Państwowym Teatrem Komedii Muzycznej), w którym gwiazdą – na powrót – była Mira Zimińska. Zostałby Sygietyński kierownikiem muzycznym tej instytucji gdyby nie to, że w listopadzie 1948 r. otrzymał od ministra kultury Stefana Dybowskiego pismo z poleceniem (sic!) stworzenia i poprowadzenia Ludowego Mazowieckiego Zespołu Pieśni i Tańca. Od tego momentu życie Tadeusza Sygietyńskiego – ale także Miry Zimińskiej – to „Mazowsze”, na dobre i na złe.

Tadeusz Sygietyński podczas próby z zespołem. Ok. 1950 r. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Zygmunt Mycielski, kompozytor i niezrównany publicysta, tak opisał początek tej „wielkiej przygody” w wydanej z okazji 10-lecia zespołu broszurce:

W 1948 roku Tadeusz Sygietyński i Mira Zimińska rozpoczęli przesłuchiwanie setek chłopców i dziewczyn z mazowieckich wsi, czyli regionu obejmującego dawne księstwo łowickie oraz region kurpiowski i opoczyński. Wybierano najzdolniejszych tancerzy i najmuzykalniejszych śpiewaków. W Karolinie pod Warszawą zebrano całą tę młodzież i rozpoczęto pracę od podstaw. Polegała ona nie tylko na nauce solfeżu, rytmiki, ćwiczeń tanecznych, śpiewu, gry na instrumentach, ale i na dalszym ogólnym kształceniu młodzieży, której wiek wahał się wtedy od 12 do 20 lat.

Oficjalna premiera zespołu miała miejsce na scenie Teatru Polskiego w Warszawie 6 listopada 1950 r. Występ – porywający, olśniewający widowiskowością, barwnością, energią i młodzieńczą radością – z miejsca uczynił „Mazowsze” kulturalną wizytówką Polski Ludowej – nie tylko dla ważnych gości z zagranicy, ale także ZA granicą. Rozpoczęły się wyjazdy: pierwsze – do „krajów bratnich”, a więc Związku Radzieckiego, NRD, Czechosłowacji, Węgier, Chin, Bułgarii… W końcu też – na Zachód, do Francji.

Rok 1951: pierwsza podróż zagraniczna „Mazowsza”. Tadeusz Sygietyński i Mira Zimińska na czele zespołu podczas spaceru po Moskwie. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.
Afisz zapowiadający występy zespołu w Paryżu w październiku 1954 r. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Lata, o których tutaj mowa, na wskroś były naznaczone polityką. Narzucony państwu i społeczeństwu system totalitarny wymagał nieustannej kontroli, ingerencji i presji ze strony przedstawicieli władz. Nie mogło to pozostać obojętnym dla zespołu, który choćby z nazwy był „Państwowy”, któremu przyznano rolę reprezentowania kraju poza jego granicami, a którego twórca stworzył autorską i niepodważalną koncepcję realizacji repertuaru, sam charakteryzując się raczej niepokornym temperamentem. Efekt dla Sygietyńskiego był taki, że jego oficjalna funkcja w „Mazowszu” nie była stabilna. Przyznawane mu państwowe nagrody przeplatały się z konfliktami, rezygnacjami i „zdrowotnymi urlopami” „Profesora” – jak nazywała go mazowszańska młodzież.

W 1953 r., po złożeniu rezygnacji z prowadzenia zespołu (który powierzono wówczas Andrzejowi Panufnikowi), Tadeusz Sygietyński otrzymał kolejne zadanie: zorganizować zespół „Warszawa”. Miał on zaadaptować piosenki stołeczne w sposób podobny, jak „Mazowsze” adaptowało piosenki i tańce ludowe. Mira Zimińska ponownie, i z podobnym jak poprzednio zaangażowaniem, odpowiadała za stroje także i tego zespołu. Niewątpliwym sukcesem „Warszawy” była Przygoda na Mariensztacie (1953) – pierwszy powojenny polski film barwny, w którym członkowie zespołu i jego repertuar zagrali wiodące role.

Tadeusz Sygietyński pośród ekipy filmowej i aktorów Przygody na Mariensztacie, 1953 r. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Sygietyńskiego ponownie przywołano do prowadzenia „Mazowsza”, które bez niego bladło, poddawane zmiennym koncepcjom kolejnych prowadzących, skądinąd znakomitych muzyków: Stanisława Wiechowicza, Józefa Wiłkomirskiego. Kierował więc przez kilka miesięcy oboma zespołami równolegle, co nie pozostało bez wpływu na stan jego zdrowia. Po premierowym występie „Warszawy” w lipcu 1954 r. długo borykał się z zapaleniem płuc.

Wyjazd do Francji jesienią 1954 r. – pierwszy wyjazd „Mazowsza” za żelazną kurtynę, przedstawiany  propagandowo w prasie krajowej jako niekwestionowany sukces polskiego zespołu – miał swoje „drugie dno” sławy: prośbę o azyl polityczny jednej z „mazowszanek”, Krystyny Bujnowskiej. Sytuację tę skomentował na falach Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa polski kompozytor emigracyjny Roman Palester, którego archiwum znajduje się w zbiorach Archiwum Kompozytorów Polskich BUW.

Karta tytułowa skryptu audycji Romana Palestra na temat ucieczki Krystyny Bujnowskiej. Maszynopis. Ze zbiorów BUW.

Oto treść audycji nr 6 z cyklu Z polskiego punku widzenia, wyemitowanej 8 października 1954 r.:

Radio warszawskie nadało wczoraj wieczorem krótki reportaż z występów „Mazowsza” w Paryżu. Speaker rozczulał się, mówiąc że… „tańczy Mazowsze w jednej z najpiękniejszych sal Paryża. Tańczy z wdziękiem polkę z okresu pobytu wojsk napoleońskich w Polsce. Tańczy oberki i mazury. Śpiewa walczyka…”
Tymczasem pech chciał, że właśnie wczoraj nie odbył się w Paryżu występ „Mazowsza”. Został odwołany w ostatniej chwili, a kasa zwracała pieniądze za bilety. Dlaczegóż to świetny zespół nie tańczył wczoraj „z wdziękiem polki z okresu pobytu wojsk napoleońskich w Polsce”? Ano, odwołanie wczorajszego przedstawienia było po prostu objawem paniki polityków wobec ucieczki Krystyny Bujnowskiej, jednej ze 115 członków zespołu. Pod względem artystycznym nie było powodu do odwołania przedstawienia. Półgodzinna próba przed występem mogła załatwić sprawę. A zatem odwołanie przedstawienia spowodowały wyłącznie względy policyjne. Wyobrażamy sobie z przykrością jakie nieprzyjemne śledztwo przechodzą teraz śpiewacy „Mazowsza”, którzy i tak narażeni są na niesłychane szykany politruków przy każdej, choćby najlżejszej, próbie kontaktu z Polakami paryskimi. A wszystko to jest rezultatem wadliwie obmyślonej propagandy.
Bo wysyła się obecnie z Kraju na Zachód – szczególnie do Francji – liczniejsze niż dawniej „gołąbki pokoju”. Moskwa poleciła wzmocnić propagandę artystyczną i podawać ją w takiej formie, aby „naiwny” Zachód uwierzył w końcu, że Polska jest naprawdę niezależna, niepodległa, że życie artystyczne rozwija się swobodnie i spontanicznie, a ludziom żyje się dobrze i zasobnie.
Polacy na Zachodzie witają zawsze z największym wzruszeniem i entuzjazmem artystów z Kraju, ale w interesie sprawy polskiej leży przecież otworzenie oczu cudzoziemcom na prawdziwą sytuację narodów znajdujących się w sowieckiej niewoli. Ta działalność Polaków na Zachodzie przynosi wcale piękne owoce. Wie o tym zarówno pan Milnikiel – reżimowy ambasador w Londynie – wiedzą o tym i komuniści paryscy. Jeśli politrucy „Mazowsza” brutalnie i krzykliwe przeszkadzają każdej – choćby najkrótszej – rozmowie z gośćmi z Polski, to ten fakt daje oczywiście coś niecoś do myślenia cudzoziemcom i otwiera wielu Francuzom oczy. Nie na darmo jeden z recenzentów paryskich napisał przy okazji występów „Mazowsza”, że przykro mu jest widzieć artystów polskich „w roli delegatów przedmurza stepów azjatyckich”.
Dlatego ucieczka Krystyny Bujnowskiej pomoże walnie w sprawie zdemaskowania celów i wysiłków propagandy warszawskiej. Jeśli ta biedna dziewczyna musi korzystać z przypadkowej zmiany świateł kierujących ruchem ulicznym, aby wyrwać się spod opieki nie opuszczającego ją ani na chwilę dozorcy, jeśli – jak powiada – połowa „Mazowsza” zrobiłaby to samo, gdyby nie obawa o los rodzin pozostających w kraju – to daje to prawdziwy i właściwy obraz istotnej sytuacji ludzi cierpiących i męczących się pod straszliwym obuchem okupacji sowieckiej.
Ten prawdziwy stan rzeczy jest z każdym dniem coraz lepiej znany opinii zachodniej. Bo coraz więcej ludzi wysłanych w celach propagandowych na Zachód zrzuca z pasją potworną obręcz kłamstw i uścisku, coraz więcej stawia na kartę całą swą przyszłość i karierę, aby tylko wyrwać się spod panowania znienawidzonego reżimu. Dają oni świadectwo prawdzie i dlatego ich rola jest tak ważna.
Pożegnanie polskich gości na paryskim lotnisku po występach „Mazowsza”, październik 1954 r. Fotografia ze zbiorów: Archiwum Cyfrowe Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

Po paryskim wyjeździe, obfitującym w wielkie wzruszenia, wysiłek i stresy – nie tylko artystyczne – komplikacje zdrowotne Sygietyńskiego gwałtownie przybrały na sile. Diagnoza okazała się bezlitosna: zaawansowany nowotwór płuc. Operacja przeprowadzona w Sztokholmie w lutym 1955 r. nie uratowała sytuacji, a po powrocie do kraju Sygietyński nie opuścił już warszawskiej Lecznicy Ministerstwa Zdrowia. Nie rezygnował z planów na przyszłość: chciał napisać książkę o Oskarze Kolbergu, podjąć na nowo pracę kompozytorską i – oczywiście – wprowadzić zmiany „na lepsze” w „Mazowszu”… Zmarł 19 maja 1955 r. Został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Jego spuścizna przechowywana jest z wielką starannością w podwarszawskim Karolinie – siedzibie wciąż istniejącego i wciąż sławnego „Mazowsza”, tej samej od chwili założenia zespołu. Jednak w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie także znaleźć można tropy Tadeusza Sygietyńskiego. Gabinet Zbiorów Muzycznych posiada kilkadziesiąt druków muzycznych z utworami kompozytora dla „Mazowsza”. Większość, wydana na początku lat 50. XX w., stanowi świadectwo nie tylko popularności repertuaru, ale także znaczenia, jakie mu wówczas nadano.

Jest także kilka listów Tadeusza Sygietyńskiego do Witolda Rudzińskiego, zaprzyjaźnionego i współpracującego z nim kompozytora, którego spuścizna znajduje się w Archiwum Kompozytorów Polskich BUW. Rudziński w swoim dzienniku poświęcił przyjacielowi serdeczny komentarz w dniu jego śmierci, a w jednym z wydań nutowych utworów Sygietyńskiego dla „Mazowsza” napisał we wstępie:

Metoda powstawania pieśni Sygietyńskiego dałaby się opisać w sposób następujący. Najpierw wybierał typ piosenki, np. przyśpiewki albo walczyka, badał dziesiątki przykładów, a potem pisał (właśnie pisał, a nie kompilował) coś, co było możliwie trafną syntezą, uogólnieniem cech rozsianych w przykładach danego typu. (…) Nowa piosenka była własnym utworem, napisanym z pełnym odczuciem ducha ludowej pieśni. (…)
Tajemnicą niezwykłej celności piosenek Sygietyńskiego było natychmiastowe ich sprawdzenie ze swoim zespołem. Odkładał na bok pieśni, które nie podobały się jego „dzieciom” z „Mazowsza”. (…) młodziutki wtedy, pełen świeżości i entuzjazmu zespół był dla niego instrumentem kontrolnym, z którego instynktowną reakcją jak najbardziej się liczył.

Przedstawiony poniżej obraz autografu Sygietyńskiego – Dumka o ptaszku (później: Ej, przeleciał ptaszek) – daje wyobrażenie, jak muzyk pracował nad utworem. Piosenka stała się z czasem jedną z najbardziej znanych w repertuarze „Mazowsza”, z pewnością także dlatego, że do partii solowej „Profesor” wyznaczył bardzo zdolną solistkę, Irenkę Wiśniewską, późniejszą gwiazdę i damę polskiej estrady piosenki – Irenę Santor.

Na zakończenie jeszcze jedna piosenka z muzyką Tadeusza Sygietyńskiego – Dwa serduszka.

Popularność, jaką zdobyła ponownie, po niemal siedmiu dekadach, stając się motywem wiodącym wielokrotnie nagrodzonego filmu Pawła Pawlikowskiego Zimna wojna (2018), można chyba uznać za – choćby mimowolny – hołd oddany jej autorowi, Tadeuszowi Sygietyńskiemu.

Magdalena Borowiec, Gabinet Zbiorów Muzycznych BUW


Bibliografia i inne źródła:

M. Dziadek w: Encyklopedia Muzyczna PWM: Część biograficzna, Sm – Ś, red. E. Dziębowska, Kraków 2007

A. Mizikowska, Tadeusz Sygietyński i Jego Mazowsze, Warszawa 2004

Z. Mycielski w: Mazowsze, Warszawa [1958]

W. Rudziński w: T. Sygietyński, Wybór piosenek i tańców z repertuaru zespołu Mazowsze, Kraków 1963

Materiały archiwalne ze spuścizny Witolda Rudzińskiego – Archiwum Kompozytorów Polskich BUW

Ikonografia Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca Mazowsze” szczególne podziękowania dla pana Mieczysława Chróścielewskiego z Archiwum Cyfrowego P.Z.L.P.iT. Mazowsze” za pomocne rozmowy i udostępnienie materiałów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.