P Język. Literatura
Skåber Linn, Starość: o tym, co najważniejsze, ilustrowała Lisa Aisato, z języka norweskiego przełożyła Milena Skoczko-Nakielska, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2024.
BUW Wolny Dostęp PT8952.29.K3 T545165 2024
„Codziennie zapisuj trzy drobne rzeczy, które danego dnia okazały się dla ciebie ważne i sprawiły ci przyjemność, na przykład:
Wypiłam dobrą herbatę.
Zakochałem się.
Spadł deszcz.” (Skåber Linn, Starość: o tym, co najważniejsze, Kraków: 2024, s.248-249).
Na darmo pudrować starość. Nawet porządnie przypudrowana bez litości potrafi pozbawić godności. Ale to tylko moje zdanie. Bo Linn oswaja starość i przygląda się jej z czułością, a jej książkę przepełnia ciepło i w co ciężko uwierzyć… optymizm. I choć pisarka jest świadoma tego, że są pośród nas i tacy, którzy boją się zarazić starością, to i tak nie zmienia swojego przychylnego nastawienie do wieku dojrzałego. Bo pokora w obliczu starości łagodzi żal za utraconymi latami. Według Linn zaczynamy rozumieć starość, dopiero wtedy, gdy stajemy się wystarczająco dorośli. A przecież nie jest żadną tajemnicą, że wszystkich nas czeka to samo i wszyscy maszerujemy tą samą ścieżką. Co z tego, że młodość z tyłu, a starość z przodu. To wciąż ta sama ścieżka. I każdy z nas wcześniej, czy później dojdzie do jej końca. Meta jest bliżej niż nam się wydaje.
Linn przywołuje takie jedno zdanie, które powinniśmy wziąć sobie do serca. Bo to właśnie ono uczy nas szacunku do drugiego człowieka, burzy pokoleniowe bariery, mówi o kręgu życia, daje poczucie wspólnoty z innymi i jednocześnie obnaża kruchość naszego istnienia:
„Tym, kim wy jesteście teraz, my byliśmy kiedyś.
Tym, czym my jesteśmy teraz, wy staniecie się w przyszłości”.
Ta sentencja godna zapamiętania znajduje się w słynnym rzymskim Kościele Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej Braci Mniejszych Kapucynów. Prawda, że warto ją wykuć na blachę? 🙂 Jest też drugi powód dla którego wspominam o tej budowli. W jej podziemiach znajdują się bowiem kaplice wyłożone kośćmi i czaszkami czterech tysięcy zakonników. Ta niecodzienna „dekoracja” kościelnych krypt jest przypomnieniem i świadectwem tego, że chcąc czy nie chcąc przemijamy i o tym, że tak naprawdę nie za wiele po nas pozostaje. Nicość bez wartości.
Jedną z bohaterek książki „Starość: o tym, co najważniejsze” jest matka, którą odwiedza dorosły syn. Mężczyzna zadaje jej, zwykłe jakby się wydawało pytanie: „potrzebujesz czegoś, mamo?”… Starsza pani po namyśle dochodzi do wniosku, że pomimo wypełnionej po brzegi lodówki jest kilka drobiazgów, które sprawiłyby jej radość… I zaczyna wyliczać: poprosiłabym o trochę woli życia, o trzy dawne przyjaciółki, o kilka kilogramów sprawnych mięśni, o więcej czasu…
„Poza tym może mi przynieść jeszcze kilka drobiazgów. To naprawdę będą drobiazgi, na przykład tata, tyle czasu minęło, odkąd widziałam go ostatnio, odkąd zmarł. Syn mógłby też dorzucić coś, na co się czeka, marzenie, które mogłabym trzymać na kolanach i głaskać przez cały wieczór. I przede wszystkim instrukcję obsługi od Clas Ohlson lub od Boga, lub od kogokolwiek, kto ją ma, instrukcję obsługi życia na starość. Poza tym niczego innego nie potrzebuję. Na nic innego nie mam ochoty. (Skåber Linn, Starość: o tym, co najważniejsze, Kraków: 2024, s.211).
Ta książka jest pełna takich historii i pełna przejmujących ilustracji…
A w rozdziale 24 znajdą Państwo:
Rady od starych dla młodych:
„Dbaj o owady”,
„Rozmawiaj nie tylko z tymi, którzy należą do twojego pokolenia”,
„Korzystaj z prawa do głosowania”,
„Naucz się lubić deszczową pogodę. Rok nie składa się z 365 słonecznych dni”…
A także, rady od starych dla innych starych:
„Bądź dumny z młodzieży i interesuj się nią”,
„Miej odwagę wybrać się samemu do restauracji”,
„Rozciągaj się”,
„Spraw sobie długą łyżkę do butów”.
Je także powinno się wykuć na blachę :)… A mogę Państwa zapewnić, że takich bezcennych rad jest w książce o wiele, wiele więcej. Książka Linn Skåber jest bardzo wzruszającym i przede wszystkim bardzo mądrym przewodnikiem po starości. To lektura obowiązkowa dla wszystkich, bo przypominam, meta jest tylko jedna.
G-GF Q R-V Geografia. Nauki matematyczne, przyrodnicze i stosowane
Mukherjee Siddhartha, Pieśń komórek: nowa epoka medycyny, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2024.
BUW Wolny Dostęp QH577.M85165 2024
A teraz… Proszę odłożyć lustra i zwierciadła… Przyjrzyjmy się sobie z poziomu mikroskopu 🙂
„Zwierzęta i rośliny na pozór diametralnie różnią się od siebie, a mimo to, jak zauważyli Schwann i Schleiden, ich tkanki oglądane pod mikroskopem okazały się zdumiewająco podobne. Przeczucie Schwanna było trafne. Tamtego wieczora w Berlinie dwaj zaprzyjaźnieni naukowcy odkryli uniwersalny i arcyważny fakt: organizmy zwierząt i roślin „wykorzystują ten sam budulec, mianowicie komórki”.” (Mukherjee Siddhartha, Pieśń komórek: nowa epoka medycyny, Wołowiec: 2024, s.12).
A to znaczy, że wbrew pozorom wszyściutkie żywe organizmy są ze sobą ściśle związane i poskładane z podobnych do siebie elementarnych cząstek. Czym są te elementarne cząstki? Ano komórkami, które uważa się za autonomiczny żywy byt i również maszynę do odkodowywania genów. Aby zrozumieć na czym polega życie i co oznacza być człowiekiem trzeba zapoznać się z historią komórki. Pomoże nam w tym ta książka 🙂 Zatem, „Pieśń komórek” jest niczym innym jak niezwykłą historią równie niezwykłych komórek, które z całą pewnością można uznać za geniuszy. Ci mali giganci potrafią ze sobą współpracować, tworzyć tkanki, narządy, a nawet całe układy narządów. Potrafią się regenerować i reprodukować, no i stawać przeciwko obrzydliwym patogenom i całą pozostałą rzeszą krwiożerczych barbarzyńców. Piękno komórek polega również na tym, że to właśnie dzięki nim nabywamy zdolność odczuwania i dzięki nim stajemy się kompletni (skądinąd to niesamowite, że na początku byliśmy pojedynczą komóreczką). To dzięki tytanicznej pracy komórek ucieleśniamy zbiór składający się z niezliczonych części! Komórki są naszymi architektami – od początku do końca naszymi twórcami. Można powiedzieć, że jesteśmy po prostu bardzo skomplikowanym komórkowym ekosystemem. Podsumowując: Podstawową jednostką życia jest komórka.
„W pewnym sensie można zatem powiedzieć, że życie to posiadanie komórek obdarzonych życiem.” (Mukherjee Siddhartha, Pieśń komórek: nowa epoka medycyny, Wołowiec: 2024, s.29).
Gdy skaleczymy się w palec to nie myślimy absolutnie o tym, co też takiego niezwykłego dzieje się w tym momencie w miejscu skaleczenia? Nie ma na to czasu 😉 Skupiamy się na bólu (czasem i na wykrzykiwaniu brzydkich wyrazów) i na tym, aby jak najszybciej zatamować krew. Chciałabym jednak sprostować, że tak naprawdę my jedynie pomagamy zatrzymać krwotok, a najważniejszą rolę w tej całej akcji ratunkowej odgrywa komórka, a dokładniej jej fragment. Giulio Bizzozero był włoskim patologiem, który w 1881 roku zainteresował się drobinkami, które pływały sobie we krwi i były ledwo dostrzegalne pod mikroskopem. Nazwał je „piastrine”, bo miały płaski i okrągły kształt i przypominały talerz. Teraz nazywamy je płytkami krwi.
„Przypływają do miejsca, w którym doszło do uszkodzenia, i tam się zatrzymują – pisał. – Z początku widać tylko kilka płytek, dwie, cztery, może sześć, lecz ich liczba szybko rośnie. Wkrótce są ich całe setki. Gdzieniegdzie pomiędzy nimi znajdują się białe krwinki. Proces postępuje i szybko pojawia się thrombus [skrzep] zamykający światło naczynia krwionośnego i tamujący przepływ krwi.” (Mukherjee Siddhartha, Pieśń komórek: nowa epoka medycyny, Wołowiec: 2024, s.207).
Zdarza się jednak i to niestety niezwykle często, że komórka staje się naszym wrogiem, traci „rozum” i zdolność prawidłowego funkcjonowania, buntuje się, postanawia uprzykrzyć nam życie, a co gorsza dziczeje, czyli… złośliwieje. Wtedy organizm zaczyna chorować. Jaką dokładnie rolę odgrywają komórki w cierpiącym organizmie? W jaki sposób naukowcy próbują walczyć z chorobami? O tym i o innych niezwykłościach z komórką związanych przeczytają Państwo w książce amerykańskiego hematologa i onkologa zatytułowanej „Pieśń komórek: nowa epoka medycyny”.
„Bez względu na wszelkie zakręty i zawroty na koniec zawsze czeka nas powrót do komórki.” (Mukherjee Siddhartha, Pieśń komórek: nowa epoka medycyny, Wołowiec: 2024, s.17).
K J Prawo. Nauki polityczne
Kursa Sławomir Patrycjusz, Komentarz do Konstytucji RP: art. 47, 49, 50, Warszawa: Difin, copyright 2024.
BUW Wolny Dostęp KKP2460.K87 2024
„Wolnoć Tomku
W swoim domku.”
Mówiąc bałamutnie, Aleksander Fredro znał się na prywatności 😉 A właśnie o prywatności, a dokładniej o prawie do prywatności zamierzam Państwu dzisiaj wspomnieć. Doskonałym źródłem informacji na temat szeroko rozumianego pojęcia prywatności jest „Komentarz do Konstytucji RP: Art. 47, 49, 50” Sławomira Kursy. Nadmienię, że omawiane przez autora przepisy zostały zawarte w bardzo ważnym dla nas obywateli rozdziale, rozdziale II Konstytucji RP zatytułowanym: „Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela”.
Stanowią one:
- O prawie do ochrony prawnej życia, zarówno prywatnego jak i rodzinnego, ochrony prawnej czci i dobrego imienia, a także o prawie do decydowania o swoim życiu osobistym – art. 47.
- O wolności i tajemnicy komunikowania się – art. 49.
- O prawie do nienaruszalności mieszkania – art. 50.
Art. 47.
Konstrukcja art. 47 Konstytucji RP zapewnia, że podmiotem tej ochrony jest człowiek, uściślając każdy człowiek. A to oznacza, jak dodaje Sławomir Kursa, że prawo do prywatności przysługuje wszystkim bez względu na obywatelstwo, wiek, płeć, upodobania seksualne, wyznanie, przekonania, poglądy, przynależność polityczną, zawód, wykształcenie, pełnione funkcje, status majątkowy, dotychczasową niekaralność i karalność…
„Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na to, że dobre imię odpowiednio rozumiane może odnosić się także do pozostałych podmiotów prawa, tj. osób prawnych (np. spółek kapitałowych prawa handlowego, spółdzielni, fundacji, stowarzyszeń, uczelni wyższych, jednostek samorządu terytorialnego) oraz jednostek organizacyjnych niebędących osobami prawnymi…” (Kursa Sławomir Patrycjusz, Komentarz do Konstytucji RP: art. 47, 49, 50, Warszawa: 2024, s.33-34).
Art. 49.
Art. 49 Konstytucji RP zapewnia wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Warte zapamiętania jest to, że zakres podmiotów, które są objęte tym przepisem pokrywa się z zakresem podmiotów ujętych w art. 47. Istotne jest również to, że nie ma znaczenia czy komunikujemy się na odległość, czy bezpośrednio, ponieważ każdy sposób komunikowania się podlega ochronie.
„Tytułem wstępu warto zauważyć, że ustrojodawca w art. 49 posłużył się zwrotem „komunikowanie się”, a nie „komunikowanie”. Jak zauważył TK w wyroku z dnia 15 lipca 2009 r. zabieg ten był celowy, ponieważ przedmiot ochrony tego artykułu związany jest z utrzymywaniem kontaktów, porozumiewaniem się, a nie jedynie podawaniem czegoś do wiadomości, przekazywaniem informacji czy zawiadamianiem o czymś.” (Kursa Sławomir Patrycjusz, Komentarz do Konstytucji RP: art. 47, 49, 50, Warszawa: 2024, s.112).
Art. 50.
W przeciwieństwie do dwóch poprzednich artykułów, podmiotami art. 50 Konstytucji RP są tylko i wyłącznie osoby fizyczne. Nie ulega wątpliwości, że nienaruszalność mieszkania dotyczy osób, które w nim zamieszkują, a nie osób, które do niego wpadają na przykład z krótką wizytą. Niestety diabeł tkwi w szczegółach. Istnieje pewna malutka kwestia sporna. Prawnicy nie potrafią dojść do porozumienia, czy przypadkiem, aby móc korzystać z przepisu o nienaruszalności mieszkania nie trzeba się legitymować tytułem prawnym do zajmowanego mieszkania? Warto zapoznać się z rozbieżnościami interpretacyjnymi i opiniami światłych umysłów prawniczych na ten temat. Zapraszam więc na strony 158 i 159 i… dalsze 🙂 Zdradzę za to, że prawo do nienaruszalności, o którym mówi art. 50 Konstytucji RP ma ciąg dalszy i ma swoje niewygodne ograniczenia… „Przeszukanie mieszkania, pomieszczenia lub pojazdu może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.” Uznając za pewnik, że w życiu różnie bywa, złota myśl Aleksandra Fredry:
„Wolnoć Tomku
W swoim domku.”
nie zawsze będzie więc w pełni obligatoryjna.
I tak już na koniec. Zaglądając do komentarza będą mogli się Państwo przekonać jak wyglądają uregulowania tych zagadnień w innych państwach Unii Europejskiej. Zachęcam do lektury.
H GN1-673 GR-GV Nauki społeczne. Antropologia
Southon Emma, Kobiety imperium rzymskiego: 21 zapomnianych historii, tłumaczenie Maciej Miłkowski, Kraków: Hi:story, 2024.
BUW Wolny Dostęp HQ1136.S68165 2024
Historia kobiet imperium rzymskiego zaczęła się tak naprawdę od imprezy… Kiedy Romulus założył Rzym (a nie było to łatwe, bo założyciel miał wredny charakter) i zapełnił go nieokrzesanymi mężczyznami, bardzo szybko zorientował się, że brak w nim kobiet. W takim niekobiecym kształcie, miasto państwo nie było kompletne. Król bystrzak postanowił więc wdrożyć plan naprawczy. Jego koncepcja pozyskania kobiet opierała się na prostocie. Nie, nie, nie zaprosił kobiet do Rzymu. Oj nie! To byłoby za proste 😉 Koncepcja polegała na wysłaniu rzymskich przedstawicieli do pobliskich miast, którzy to przedstawiciele mieli najzwyczajniej w świecie poprosić mieszkańców tychże miast o… żony. W tamtych czasach, ludy Italii były już bardzo zaawansowane cywilizacyjnie i troszkę z pogardą patrzyły na rzymski twór składający się jedynie z kryminalistów i byłych niewolników. I rzecz jasna, nie zależało im na tym, aby ich córki zadawały się z jakimiś tam niekulturalnymi Rzymianami. Jasnym więc było, że prośby rzymskich wysłanników nie przyjęli do wiadomości. Na wieść o takiej zniewadze, Romulus, delikatnie mówiąc, lekko się zdenerwował.
„Kobiety istniały jako córki, jako żony i matki, w jakiejś relacji do mężczyzny, i mogły przyjechać do innego miasta tylko wtedy, gdy jakiś mężczyzna je tam przesunął jak figurę na szachownicy.” (Southon Emma, Kobiety imperium rzymskiego: 21 zapomnianych historii, Kraków: 2024, s.25).
Totalnie nieudany plan A wymógł na Rzymianach przejście do planu B. Tenże natomiast, przewidywał porwanie kobiet w liczbie zadowalającej wszystkich i przymuszenie ich do zawarcia małżeństwa. Widzą Państwo tę zagęszczająco się akcję? W tym miejscu opowiadania, można byłoby się spodziewać, że uzbrojona po zęby i błyszcząca nowością rzymska armia wkracza na przykład do Crustumium, czy też Antemnae i siłą zgarnia Bogu ducha winne kobiety. Nic z tych rzeczy. Król bystrzak kolejny raz uruchomił szare komórki i wymyślił intrygę, która gwarantowała pewne zwycięstwo. Otóż, oznajmił wszem i wobec, że stał się odkrywcą starożytnego ołtarza boga Consusa i zamierza w związku z tym nie dość, że obchodzić święto na jego cześć to jeszcze zorganizować w związku z tym wystawne przyjęcie. Wszystkie najważniejsze rodziny sąsiadujące z Rzymem otrzymały zaproszenia na to intrygujące party… I grzecznie się na nie stawiły, trochę nawet z ciekawości, bo jak wiadomo, człowiek to gatunek bardzo wścibski. Najliczniej przybyły rody Sabinów, a w tym konkretnym przypadku to bardzo istotna informacja. Trzeba przyznać, że Rumulus stanął na wysokości zadania i przygotował biesiadę jak się patrzy. Najedzeni i opici goście zasiedli wreszcie na Circus Maximus, aby obejrzeć spektakle i wyścigi rydwanów. I wtedy się wszystko zaczęło. W pewnym momencie, na znak Romulusa, Rzymianie sięgnęli po miecze i rozpoczęto wyławianie i odławianie wrzeszczących ze strachu kobiet.
„Szacunki dotyczące liczby porwanych tego dnia kobiet różnią się znacznie. Niektórzy przywołują konkretną liczbę – 30, 527 czy 683 – inni dokonują tylko niejasnych przybliżeń w stylu „nieco więcej niż trzydzieści” albo „niemal osiemset”. Pośród tych Sabinek znajdowała się Hersilia, jedyna której rzymscy historycy dali imię i własny głos.” (Southon Emma, Kobiety imperium rzymskiego: 21 zapomnianych historii, Kraków: 2024, s.27).
Hersilia jako Sabinka miała wysoki status społeczny, tym bardziej dziwi fakt, że stała się pierwszą kobietą w rzymskiej historii, która bez oporu chciała zostać i została Rzymianką. Może dlatego, że była przeznaczona dla Romulusa, naszego króla bystrzyka? Kto to wie?
Zapraszam Państwa do zapoznania się z historią porwania Sabinek, a także z historią kobiet buntowniczek, księżniczek, westalek, po prostu kobiet imperium rzymskiego, którym nie odebrano głosu. A to nie lada wyzwanie w obliczu tego jak traktowano wtedy kobiety i jak spychano je na margines. I postrzegano przy tym jak zwykłe, domowe i zupełnie pozbawione ważności zwierzęta.
„Skupiając się na kobietach, odkrywamy zupełnie inną historię Rzymu, w której małżeństwo jest nie mniej ważne od wojny, a definicja tego, kto jest Rzymianinem podlega nieustannym zmianom. Wiele opisanych w tej książce kobiet nigdy nie postawiło stopy w Italii, a co dopiero w Rzymie. Niektóre z nich uważały się za wrogów Rzymu, inne uważały się za prawdziwe Rzymianki, ale i tak były traktowane jak wrogowie.” ((Southon Emma, Kobiety imperium rzymskiego: 21 zapomnianych historii, Kraków: 2024, s.15).
M N Muzyka. Architektura. Sztuki piękne
Norenberg Marta, Muzealny jednorożec: kurioza i osobliwości ze świata sztuki. T. 1, Granica: Sztuk Kilka, 2024.
BUW Wolny Dostęp N5303.N67 2024 t.1
„Cóż powiedzieć mam o sukniach?
Piękności rozkoszne moje,
pocóż z tyryjskiej purpury
Używać najdroższe stroje?
Po co na sobie obnosić
dochody swe całoroczne?
Tyle jest tańszych kolorów…
od nich opowieść rozpocznę.”
(Owidiusz, Sztuka kochania, Księga trzecia, VII (w:) Norenberg Marta, Muzealny jednorożec: kurioza i osobliwości ze świata sztuki. T. 1, Granica: 2024, s.105).
Wraz z nadejściem wiosny bure okrycia zimowe stają się passe. Czas na feerię barw. Projektanci modowi prześcigają się w wymyślaniu kolorowych kreacji, tak więc sklepy odzieżowe mają szansę kusić barwnymi fatałaszkami. Uwielbienie dla kolorów nie trwa od przysłowiowego „wczoraj”. Gdy spojrzymy na naszą historię, zobaczymy, że już od dawien dawna, ludzie zabawiają się kolorami i stroją w farbowane szaty. Nasi przodkowie z powodzeniem nauczyli się korzystać z barwników, które pozyskiwali z minerałów, roślin, a nawet zwierząt… Nie można przy tym nie napisać, że dla zaspokojenia ludzkich pragnień miliony niewinnych istnień straciło przez to życie… Zresztą, przez współczesne barwniki syntetyczne też niestety natura cierpi… Ale, nie o tym. Jedni tracili życie, a inni tracili głowy i pieniądze dla kawałka tkaniny w wymarzonym kolorze… Czy lubią Państwo kolor śliwkowy lub fioletowy, albo nawet szkarłatny? A co Państwo powiedzą po prostu na kolor purpury? Był taki czas, że purpura była i w cenie i w modzie. Nosili ją najbogatsi, a zwykli obywatele nie mieli prawa nawet o niej pomarzyć. Bo nie dość, że nie było ich stać na stroje w kolorze purpury, to jeszcze noszenie purpury było surowo zabronione. Purpura była dla wybrańców.
Czas na wyjaśnienia 🙂
Marta Norenberg jest historyczką i tropicielką osobliwości w świecie sztuki. I napisała książkę, po którą z pewnością Państwo sięgniecie. Dzięki tej lekturze inaczej spojrzą Państwo na naszych przodków, którzy swoją codzienność wypełniali nie tylko pracą, potem i znojem, ale i dizajnem i tworzeniem sztuki użytkowej, a także produkcją rzemiosła artystycznego. Ta książka to taki hołd złożony pradawnym twórcom i pradawnym zleceniodawcom, którzy mieli głowy pełne kolorowych pomysłów (zresztą korzystali z nich na potęgę). Zapraszam do przeczytania ośmiu esejów poświęconych fascynacji sztuką i jej najprzeróżniejszymi przejawami. Mam propozycję, aby to apel autorki stał się dla Państwa wystarczającą zachętą.
„Niech żyje rzemiosło! Niech żyją kurioza! Niech żyją Muzealne Jednorożce!” (Norenberg Marta, Muzealny jednorożec: kurioza i osobliwości ze świata sztuki. T. 1, Granica: 2024, s.15).
Ale wróćmy do pasji farbowania strojów, o której wspomniałam we wstępie: „Fetor, splendor i mięczaki” – Przedstawiam Państwu przerażającą purpurę tyryjską, której rangę wcześniej przywołany Owidiusz starał się umniejszyć.
„Wytwarzana przez Fenicjan z Tyru purpura tyryjska, zwana też antyczną, była najcenniejszym barwnikiem starożytności, a szaty farbowane za jej pomocą przez stulecia przeznaczano dla wyższych rangą obywateli lub wręcz wyłącznie dla monarchii.” (Norenberg Marta, Muzealny jednorożec: kurioza i osobliwości ze świata sztuki. T. 1, Granica: 2024, s.96).
Ten bezcenny pigment barwiący wyroby tekstylne na wyjątkowo trwały kolor był pozyskiwany ze śluzu ślimaków z rodziny rozkolcowatych. Mówi się, że do produkcji jednego grama tego barwnika (gram wystarczał na zafarbowanie chusteczki do nosa!) trzeba było poświęcić około dziesięciu tysięcy ślimaczych żyć. Nie zamierzam opisywać Państwu całego procesu zabijania tych biednych skorupiaków i dlatego będzie najbezpieczniej odesłać Państwa do książki Marty Norenberg… Powiem jedynie, że rozkładające się ciała szkarłatników wydzielały tak silny smród, że farbiarnie budowano z dala od ludzkich osad. Zresztą zafarbowane tkaniny też nie pachniały fiołkami, a wręcz przeciwnie, śmierdziały trochę moczem, trochę czosnkiem i trochę (co oczywiste) gnijącymi ślimakami. Brr. Co więcej, kobieta, która wyszła za mąż, a jej mąż dopiero po ślubie zostawał farbiarzem, miała prawo rozwieść się z nim bez zbędnych tłumaczeń. Ach te starożytne przywileje 😉 A na przykład sprytni Chińczycy nie musieli znęcać się nad biednymi ślimakami i purpurowy pigment pozyskiwali sobie z roślin. Inną metodę mieli Mistekowie:
„Zamiast zabijać zwierzę, lekko dmuchali w mięczaka lub nakłuwali jego ciało, aby pobudzić go do wydzielania substancji obronnej, a po jej zebraniu wypuszczali stworzenie.” (Norenberg Marta, Muzealny jednorożec: kurioza i osobliwości ze świata sztuki. T. 1, Granica: 2024, s.108-109).
… O kuriozach dawnego życia w książce Marty Norenberg. Zauważyli Państwo, że to dopiero tom pierwszy książki? Poczekamy wspólnie na tom drugi? 🙂
Informacje o książkach przygotowała:
Dorota Bocian – Oddział Opracowania Zbiorów.
Propozycje tytułów książek:
Dorota Bocian ze wsparciem Zespołu KBK – Oddział Opracowania Zbiorów.