BuwLOG

M jak martini

Sylwester za nami, najlepsza więc to pora na bale, przyjęcia, zabawy i przeróżne hulanki karnawałowe… Nie, nie będę pisać o szampanie ‒ królu nie tylko sylwestrowej nocy, ani o cekinowych kreacjach i hałaśliwych fajerwerkach. Z czystej przekory, proponuję krótki tekst z innej zupełnie beczki, a raczej butelki. Chociaż tak sobie myślę, że bohater dzisiejszego wpisu z powodzeniem mógłby konkurować na salonach z tradycyjnym champagne.

Przed Państwem, wielce szlachetny trunek, czyli martini! I choć drink ten został rozsławiony przez agenta brytyjskiej Secret Intelligence Service, Jamesa Bonda, to jego historia sięga czasów naprawdę odległych. Nikt wtedy nawet nie śnił o przygodach angielskiego szpiega i niezwykłego miłośnika martini wstrząśniętego, a nie, mieszanego. Martini z chwilą odkrycia prawie natychmiast stało się wyjątkowym drinkiem dla klasy panującej, przepustką do wszystkich ważnych i zamkniętych drzwi. I z powodzeniem rządziło w smutnych czasach prohibicji, ponieważ ‒ nielegalne ‒ dostarczało pijącemu więcej radości i szybciej pozwalało zrzucić przysłowiowe kajdany niż tak samo nielegalny, ale zwykły kufel piwa. Barbara Holland w swojej książce Radość picia z 2009 roku (BUW Wolny Dostęp HV5020.H65165 2009), którą gorąco polecam i dzięki której powstanie dzisiejszy wpis, nazwała go nawet Fredem Astaire’em w kieliszku.

Ale może zacznijmy od początku. Martini jak zapewne wszystkim wiadomo (a dokładniej, wszystkim dorosłym) jest drinkiem sporządzonym z wermutu i ginu, przy bezwzględnym zachowaniu odpowiednich proporcji. Martini zostało odkryte prawdopodobnie pomiędzy rokiem 1862 a 1876. Do jego wykonania potrzebne były cztery części słodkiego, czerwonego wermutu i jedna część ginu. Dodawano do tego jeszcze odrobinę gorzkiej wódki Boker’s. A przysłowiową wisienkę na przysłowiowym torcie stanowiła dodawana…no właśnie wisienka 🙂 Elity niezmiennie delektowały się tym niezwykłym alkoholem, a leniwie płynący czas stawał się świadkiem powstawania coraz to nowych receptur i setek przepisów na ten boski koktajl. Tak więc zamiana czerwonego wermutu mieszanego z ginem na biały wytrawny była nieunikniona. Przełomowym rokiem stał się 1900, w którym słynna wisienka pokryła się mgłą niepamięci, za to na scenę z wielkim impetem wkroczyła cytrynka. Radziła sobie świetnie, ale do pewnego momentu. Dumna oliwka pojawiła się jako ostatnia, spychając na margines cytrynkę (w show biznesie nie ma miejsca na sentymenty). Nikomu jednak nie przyszło wtedy do głowy, aby zanotować tę ważną dla oliwki datę. Przy założeniu, że i tak oliwka jest wszechobecna, że panuje można by rzec w każdej porządnej kuchni, i że zna ją cały świat, to akurat data pojawienia się jej w martini nie jest niezbędna. Kariery jej to przecież nie zrujnuje.

Martini z tak ogromnym wdziękiem potrafi zamieszać ludziom w głowach, że pod jego wpływem powstają różne (nawet te uznane przez niektórych za zupełnie nieprawdziwe) historie. Przykładem takiej podobno wyssanej z palca historyjki jest pewne zdarzenie, które miało miejsce w mieście Martinez, znajdującym się w słonecznej Kalifornii. Otóż, to nieduże miasteczko od lat stara się o tytuł miejsca narodzin martini, choć faktem jest, że nazwa martini wywodzi się od nazwisk producentów wermutu Martiniego i Rossiego. Ten drobny, ale jakże znaczący szczegół nikomu w Martinez zupełnie nie przeszkadza. I przy każdej najdrobniejszej okazji władze miasta próbują udowadniać, że to mieszkańcy Martinez są twórcami trunku. A było to tak: pewien górnik opętany gorączką złota opuścił bez żalu San Francisco i przyjechał do Martinez w poszukiwaniu tego drogocennego kruszcu. Był rok 1849 r. W tym to właśnie gorączkowym czasie górnika dopadła wieść, że jest w czepku urodzony (kto o tym nie marzy?), bo trafił na żyłę złota. Oszołomiony skarbem i wizją wygodnego życia, chcąc uczcić swój sukces skierował się do baru. Tam, ze stanowczością godną bogacza zażądał szampana. Barman zaś, zamiast bąbelków przygotował mu tajemniczy napój, przyrządzony według własnej receptury. Górnik zaślepiony złotem, pijany od nadmiaru szczęścia i odurzony magicznym płynem wrócił do San Francisco (wyobraźnia podpowiada mi, że mógł nawet przy tym podśpiewywać). Znajomym barmanom chętnie opowiadał o cudownym napoju i równie chętnie dzielił się wiedzą jak go przyrządzać. I tak oto w krótkim czasie przepis zawładnął światem, a nieznany wcześniej drink przyjął nazwę od miejsca swoich narodzin…Ot, i cała opowiastka.

Chcieliby Państwo zagłębić się w świat innych cenionych i wielbionych alkoholi? Odsyłam Państwa do książki Barbary Holland…A teraz pokuszę się o garstkę słów od siebie:

M jak Martini (Dorota Bocian)

Wieczór. Babski wieczór. Babski wieczór z martini. Od czego to się zaczęło? Sięgam pamięcią do ubiegłego wieku. Było nas trzy, papużki nierozłączki, Danka, Teresa i ja. Tak naprawdę, początkiem naszych rytualnych spotkań z martini, które prawie natychmiast stały się wyczekiwanym rytmem umilającym zwykłą, czasem bardziej lub mniej udaną codzienność, była studniówka. Pamiętam każdy jej szczegół. Niezapomniany wieczór, pełen (niezrozumiałych dla nas samych) oczekiwań i marzeń z gwarancją spełnienia. W galowym stroju i butach na obcasach trzęsąc się przy tym z zimna, chowałyśmy się za winklem szkoły i piłyśmy Martini Bianco, kupione przez Dankę w Peweksie. Wprost z butelki. Bawiła nas ta cała młodzieńcza konspiracja chowania alkoholu w precyzyjnie zaplanowanym miejscu. Nie przestałyśmy chichotać nawet wtedy, gdy okazało się, że ktoś odkrył naszą słodką tajemnicę i że zostałyśmy okradzione z naszego jedynego skrawka luksusu. Nigdy nie dowiedziałyśmy się kim był sprawca zajścia. W tamtą mroźną noc złożyłyśmy sobie przysięgę, że nigdy żadne katastrofy, kataklizmy i przeciwności losu nas nie rozłączą. Może i banał. Wtedy też, wymyśliłyśmy babskie wieczory z martini, które trwają do dziś… Jest nas trzy, papużki nierozłączki, Danka, Teresa i ja. Kobiety po przejściach, z przeszłością. Spotykamy się raz na dwa miesiące, aby najzwyczajniej w świecie poplotkować i najzwyczajniej w świecie podelektować się martini. Forma naszych cyklicznych schadzek zależy od tego, która z nas akurat je aranżuje. Dawno, dawno temu przyrządzanie martini było przywilejem mężczyzny,  za to shaker w ręku kobiety odbierano jako niewybaczalne i niestosowne zachowanie. Danka (na szczęście, na wskroś współczesna i niepoddająca się żadnym zabobonom) uwielbia shakery i ceremonie. Jedną z jej ulubionych jest właśnie wyczarowywanie dla nas martini. Scenariusz jest zawsze taki sam.

– Siadajcie, patrzcie uważnie, uczcie się i podziwiajcie mój kunszt – Po tych słowach sięga po shakera i rozpoczyna widowisko.

– Kto jest moim guru i wymyślił idealne proporcje idealnego martini? – pyta i łączy: jedną miarkę wytrawnego wermutu z jedną miarką słodkiego wermutu i sześcioma miarkami ginu, na koniec dodając do tego odrobinę gorzkiej wódki. A my wtedy recytujemy bez zająknięcia, bo przecież przez tyle lat zdążyłyśmy się tego wykuć na pamięć:

– Irma Rombauer, autorka książki The Joy of Cooking!

– Dobra odpowiedź – mówi zadowolona i wstrząsa energicznie shakerem – Następnie z wdziękiem artysty nalewa boski płyn do oszronionych kieliszków i wkłada do nich delikatnie: dla mnie wisienkę, dla siebie cytrynkę, a dla Teresy oliwkę. Wtedy dopiero jesteśmy gotowe na pogaduchy. Głębiej zapadamy się w pluszową kanapę koloru pomarańczy. I to jest znak dla słów, które błyskawicznie zamieniają się w wartki nurt…

Zupełnie inaczej do spotkań podchodzi Teresa. Bez przerwy zabiegana, zadyszana, niemająca głowy do kultu i obrzędów. Na lampki martini zaprasza nas po prostu do knajpy. A wtedy Danka zaczyna zrzędzić:

– Kolejny raz knajpa?! To świętokradztwo! Wiesz, że magia martini ukryta jest w jego P R Z Y G O T O W A N I U ?! I, że należy go przyrządzać tuż przed podaniem?! A ja nie ufam barmanom. Wcale a wcale mi się nie podobają.

– Potrafisz być taka nudna z tymi swoimi zasadami. Czego ty od nich chcesz? Osobiście znam barmanów ładniejszych od ciebie. Przyznaj sama, patrzenie na nich za barem to czysta frajda – pyskowała Teresa.

Dolewałam wtedy oliwy do ognia i deklamowałam jak na akademii szkolnej:

Właściwe połączenie ginu i wermutu to wspaniałe i chwilowe zwycięstwo; to jeden z najszczęśliwszych mariaży i jeden z najkrótszych. Bernard DeVoto w eseju w czasopiśmie „Harper’s” z 1949 r.

Ale ja też nie byłam lepsza od Teresy. Dopiero tuż przed przyjściem dziewczyn, biegłam po butelkę Martini Bianco do pobliskiego marketu (zgodnie z zasadą przyrządzania trunku na chwilę przed podaniem). Osiągnęłam również mistrzostwo w rzetelnym schładzaniu szklanek. I tym razem nie było inaczej. Miałam niespełna godzinę do przyjścia Danki i Teresy. Wpadłam więc do sklepu trochę spanikowana, potargana i z lekką zadyszką. Czułam się jak zakupoholik, kiedy tak kluczyłam bez ładu i składu pomiędzy półkami i wrzucałam do koszyka wydawałoby się przypadkowe produkty spożywcze. Wózek wypełniłam po brzegi i wreszcie udało mi się dotrzeć, jak mi się wydawało do alejki z alkoholami. Odstawiłam zakupy i nie rozglądając się na boki potruchtałam do półki. Ogórki konserwowe…

– O psia kostka! Przemeblowanie. Znowu? Jak ja nie cierpię kreatywności. – Zasyczałam sama do siebie. Zostawiłam wózek i pobiegłam szukać martini na nabiale. Wrzuciłam cudem odnalezioną butelkę do koszyka, wróciłam po odkryte przez przypadek ogórki konserwowe, chwyciłam wózek i ruszyłam w stronę kas (nikt na szczęście nie wpadł jeszcze na pomysł przenoszenia ich z miejsca na miejsce, więc znalezienie ich nie było dla mnie żadnym wyzwaniem). Mój wewnętrzny głos domagał się uwagi i powtarzał jak zdarta płyta: „jesteś spóźniona, jesteś spóźniona”. Wtem, tym razem zewnętrzny, obco brzmiący głos przyjemnie połaskotał moje uszy:

– Proszę, to pani martini…Włożyła je pani przez pomyłkę do moich zakupów. Ja piję Martini Rosato, a więc Bianco mi się nie przyda. – Uśmiechał się do mnie rozbrajająco właściciel orzechowych oczu i okularów w rogowych oprawkach, o urodzie…Zamarłam…

– Dlaczego odwołałam fryzjera?! Odrosty zamiast włosów! Porażka…Czy jak zjadłam makowca przed wyjściem, umyłam zęby????? – myślałam rozgorączkowana. Miewałam tak wcześniej. Skoro moje myśli na widok nieznajomego faceta zaczynały krążyć wokół odrostów i zębów, oznaczało to tylko jedno. Błyskawiczne zauroczenie. Krasa stojącego przede mną osobnika płci męskiej nie dość, że w magiczny sposób ugięła mi kolana, to jeszcze zapierała dech w klatce piersiowej. Zwariowane ciało. Głos wewnętrzny podpowiedział: „Oddychaj i odezwij się wreszcie! Mimo rdzy, jak się postarasz potrafisz być przecież czarująca”

– O psia kostka! Uratował mi pan życie.

Bez martini łyka,

Z dzisiejszego wieczoru nic nie wynika…

Eee, no wie pan, bez niego nie mogłabym się pokazać w domu. A teraz pan wybaczy, jestem w niewybaczalnym niedoczasie – wycedziłam prawie nie otwierając ust (na okoliczność ewentualnej obecności maku pomiędzy zębami).

Dziewczyny śmiały się ze mnie cały wieczór: „bez martini łyka z dzisiejszego wieczoru nic nie wynika”. Próbowałam się bronić:

– No, co? Jednym zauroczenie odbiera mowę, a ja rymuję.

– Ale bez sensu i bez polotu!! – Danka trzymała się za brzuch.

– Nie martw się, to już teraz nie ma znaczenia – Teresa próbowała dodać mi otuchy – Przecież i tak nigdy więcej go nie zobaczysz.

– Psia kostka! I to według ciebie jest pocieszenie?! Właśnie, że chciałabym go jeszcze spotkać. Zatęskniłam do motyli we własnym, osobistym brzuchu.

– Źle ci bez nich? Po co ci to? Strata czasu i tyle. Zapomniałaś, że motyle odlatują? – szepnęła Danka i nieomylnie wyczułam tak dobrze mi znany brak przekonania. Uśmiechnęłam się do niej i pogładziłam po głowie.

– Zostawiam was sam na sam z tymi czułościami. Czeka mnie jutro ciężki dzień, pójdę się położyć. Hurra! Moja kolej na wygodne łóżko. Kanapę zostawiam do waszej dyspozycji.

„Lubię kieliszek martini,

Albo dwa – to się zdarza.

Po trzech ląduję pod stołem,

Po czterech w łóżku gospodarza.” – Teresa zacytowała Dorothy Parker, ziewnęła teatralnie i tanecznym krokiem oddaliła się do mojej sypialni. Zza drzwi dodała jeszcze:

– I na litość boską, umów się wreszcie do tego fryzjera!!

Nikomu niepotrzebne, smutne kartki z kalendarza spadały do kosza. Nie miałam szans na ponowne spotkanie miłośnika Martini Rosato, bo najpierw podła grypa uwięziła mnie w czterech ścianach, a potem równie podły wyjazd służbowy pokrzyżował plany  kontrolnego biegania do sklepu.

Na spotkanie z Danką i Teresą wlokłam się bez entuzjazmu. Teresa w roli odkrywcy piała z zachwytu nad nowo odkrytym fenomenalnym miejscem. Na knajpiany gwar nie miałam najmniejszej ochoty.

– Spóźniłaś się. Nie czekałyśmy na ciebie z zamówieniem, ale zaraz kelner przyniesie twojego drinka.

Zanim zdążyłam powiedzieć o swoim dole cokolwiek, usłyszałam dobrze znany mi głos, który znowu łaskotał moje uszy:

– Proszę, to pani martini…- właściciel orzechowych oczu i okularów w rogowej oprawce postawił przede mną kieliszek – Straciłem już nadzieję na ponowne spotkanie. Tym razem tak łatwo mi pani nie ucieknie…

Sprawię, że Martini Rosato polubi pani wkrótce,

I będzie je pani rozpoznawać już po pierwszej nutce…

M jak Martini. M jak Miłość. M jak Możliwe…

Boci@n

PS Źródłem informacji o Martini i cytatów przytoczonych w tekście jest książka Barbary Holland: Radość picia z 2009 roku (BUW Wolny Dostęp HV5020.H65165 2009)

 

9 comments for “M jak martini

  1. BCH
    26 stycznia 2017 at 11:57

    My name is Bocian. Dorota Bocian.
    🙂

  2. KarolciaK
    26 stycznia 2017 at 12:43

    Dorotka jak zwykle obłędnie, interesująco i z polotem!
    Nas jest cztery 😉 i też mamy spotkania przy martini 😉 A raczej miałuśmy bo teraz jak nie ciąża to karmienie, jak nie jedna to druga abstynentką. Trzeba przywrócić tradycję 🙂

  3. Sysunia
    27 stycznia 2017 at 14:16

    Uwielbiam martini ale Ciebie Doroto uwielbiam bardziej ………….i teraz zastanawia mnie jedno …… co by wyszło z połączenia tego

  4. klekot
    27 stycznia 2017 at 16:37

    Myślę, że przeszłaś samą siebie. A może tylko się rozgrzewasz – nie wiem. Faktem jest, że jeżeli będziesz dalej tak pisać, to twórcy scenariuszy polskich komedii romantycznych będą mogli czyścić Ci buty. (Dzisiaj mam kupić chleb, to przy okazji kupię im pastę do butów.)
    Ten tekst, a w szczególności druga część, jeśli chodzi o pomysł, dialogi, narrację, humor, itd., w niczym nie ustępuje filmowi „Notting Hill”, a Wiesz jak ja lubię ten film.
    Czas najwyższy pójść dalej i napisać coś dłuższego niż te 2-3 strony. Cytując z pamięci Misia Colargola „Już najwyższy czas opuścić ten las”.

  5. Szisza
    27 stycznia 2017 at 17:11

    Uwielbiam martini ale Ciebie Doroto uwielbiam bardziej;)……………….. i teraz tak się zastanawiam…………. co by było gdyby to razem połączyć ;%

  6. Gośka
    28 stycznia 2017 at 12:59

    Jak zwykle upiłam się Twoimi pięknie płynącymi słowami
    uważam że są lepsze od MARTINI . . . .

  7. Boci@n
    1 lutego 2017 at 10:58

    Moi Drodzy,
    Jestem Wam niezmiernie wdzięczna za wszystkie ciepłe komentarze, które dodały mi kolejną parę bocianich skrzydeł:) A to już oznacza moc 🙂 Jestem silna jak James Bond i gotowa na kolejne blogowe wyzwania! A to wszystko dzięki Wam :)) DZIĘKUJĘ!!!!!
    Kłaniam się Wam nisko,
    Boci@n, Dorota Bocian.

  8. ABC
    5 lutego 2017 at 16:42

    W pełni popieram KLEKOTA.Najwyższy czas pójść dalej.Może pora na własny blog?Korek od MARTINI wystrzelił garścią ciekawych informacji na temat tego trunku.Uwolnił smakowy bukiet wspomnień,zaszumiał w głowie pierwszy wytrawny kieliszek z oliwką.Dziękuję Bocianiemu Bondowi za to blogowe pióro,za zapał,rzetelność i ogromne poczucie humoru.Czekam na nowe niespodzianki.

    • Boci@n
      16 lutego 2017 at 20:14

      Nawet autorzy bestsellerów mogą mi pozazdrościć TAKIEGO GIGANTYCZNEGO WSPARCIA 🙂 DZIĘKUJĘ!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *