BuwLOG

Obywatel naukowiec – refleksje jednej obywatelki

Przyjęło się, że kwiecień jest Miesiącem Nauki Obywatelskiej. Właśnie pod koniec kwietnia (23-24.04) odbyła się w BUW konferencja na temat nauki obywatelskiej zorganizowana w ramach sojuszu 4EU+ zrzeszającego uczelnie europejskie, m.in. Uniwersytet Warszawski. Na program konferencji złożył się wykład wprowadzający, warsztaty i prezentacje dobrych praktyk. Było też sporo miejsca na wymianę myśli, na pytania.


Zjawisko będące przedmiotem konferencji – nauka obywatelska (ang. citizen science) – w wielu krajach wciąż „raczkuje”; społeczeństwo, które jest jego siłą napędową, niewiele o nim wie. Czy to dlatego, że nie interesuje się nauką? Czy też dlatego, że postrzega się jako niepasujące do nauki, do wymagań i kryteriów, które nauka stawia i określa? Niektórzy prelegenci wymieniali właśnie ten fakt jako przeszkodę we włączaniu się społeczeństwa w projekty naukowe. Współczesny obraz naukowca rzeczywiście ma w sobie coś z ponadprzeciętności, z elitarności, z bycia tym, komu się udało – w przeciwieństwie do masy pozostałych przeciętniaków. Naukowiec jest często tym, kto w oczach innych może sobie pozwolić na „robienie nauki”, podczas gdy inni, nienaukowcy, trudzą się i nudzą w biurach korporacji czy zakładów przemysłowych lub też przy łuskaniu fasoli albo wycince lasu. Naukowcy prowadzący swoje badania z wykorzystaniem potencjału nauki obywatelskiej próbują – z sukcesem – udowodnić, że tak nie jest; że każdy może być naukowcem.

Jeszcze nie tak dawno temu, bo niewiele ponad sto lat, na przełomie wieków XIX i XX, gdy wiek pary i elektryczności rozwijał skrzydła, nawet niepiśmienni obywatele z wypiekami na twarzy śledzili – słuchając – przygody Kapitana Nemo czy dr. Fergussona w czasie ich podróży niewidzianymi dotąd wehikułami. Od momentu pojawienia się kolei żelaznej i automobilu wiedzieli już, jak wielki potencjał drzemie w nauce i w technice, być może wielu z nich chciało mieć też swój udział w ich rozwoju. Wiek XX, w postaci dwóch wojen światowych, przyniósł z kolei przerażające przykłady możliwości nauki i techniki i udziału w nich społeczeństwa, o jakim nie chcemy myśleć. Co to wszystko ma wspólnego z nauką obywatelską?

Jeden z gości naszej tegorocznej konferencji, François Grey z Uniwersytetu w Genewie, na początku swojej prezentacji zestawił ze sobą słowo „nauka” w trzech językach: angielskie science, niemieckie Wissenschaft i polskie nauka. Zrobił to chcąc sprawdzić, czy samo słowo nauka podpowiada nam, w jaki sposób się uczymy i czym jest podejście naukowe.

SCIENCE – WISSENSCHAFT – NAUKA

Jan Matejko, Astronom Kopernik, czyli rozmowa z Bogiem, 1873. W zbiorach Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

Zestawienie tych trzech słów podziałało na mnie jak woda na młyn i pchnęło mnie o krok dalej w lingwistyczno-filozoficznych rozmyślaniach, aż do słowa sumienie: ang. conscience, niem. Gewissen, ros. sovest’. Nieco inna jest wymowa tego słowa, ale zapis w części science ten sam. Wydaje się, że to dobry trop do definicji nauki obywatelskiej: Udział w wiedzy dla wspólnego dobra. Polskie sumienie też ma w sobie coś ze wspólnoty, jakąś sumę posiadania (mienia). Bądź co bądź w języku polskim bardziej mamy niż jesteśmy (np. mam sześć lat, mam się nienajgorzej – vs I am six years old, I am not bad).

CONSCIENCE – GEWISSEN – SOVEST’ – SUMIENIE

Jan Matejko, Stańczyk, 1862. W zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

Wróćmy jednak do pytania, co zrobić, żeby społeczeństwo chciało się zaangażować i jak dalece jest ono w stanie się zaangażować. Na pewno nie wszystkie projekty naukowo-badawcze są adekwatne do tego, żeby je prowadzić z wykorzystaniem społeczeństwa. Jednak jeden z projektów francuskich, dotyczący dialektu alzackiego, pokazał, że społeczeństwo może być częścią projektu także na zasadzie eksperta. Uczestnicy projektu, udzielając odpowiedzi na pytanie wynikające z problemu badawczego, udzielili badaczce odpowiedzi, iż ich zdaniem problem jest błędnie sformułowany. A badaczka wykorzystała to, żeby pokierować badania w inną stronę, co pozwoliło nie stracić potencjału społecznego i wykonanej przez obywateli pracy oraz otworzyło nowe pole do badań. W tym miejscu wypada wspomnieć o sporej części społeczeństwa, tzw. hobbystów, pasjonatów, którzy rozwijając swoją pasję, często przez całe życie, stali się niekwestionowanymi ekspertami w jakieś dziedzinie, nierzadko posiadając wiedzę i doświadczenie o wiele większe niż niejeden profesor akademicki.

Czy już zbliżamy się do odpowiedzi na pytanie, co zrobić, żeby społeczeństwo chciało się zaangażować w naukę także poza godzinami pracy? Żeby się zwlekło z kanapy i porzuciło serial (nawet jeśli oglądany z pobudek antropologicznych) na rzecz badań? Czy nie łatwiej byłoby nauce obywatelskiej, gdyby zbierała swoje dane, a społeczeństwo dostarczało je przy tzw. okazji? Czyli jak w jeździe na rowerze: i tak jadę, a dodatkowo mogę generować energię elektryczną. Coś na zasadzie dynamo, lecz zamiast reflektorka jest konkretny projekt badawczy. Z tym, że przy takim podejściu to nie jest żadna nauka obywatelska, tylko raczej wyzysk naukowy bazujący na niewiedzy i pewnego rodzaju forma niewolnictwa. Jadę rowerem, wiem, że wytwarzam prąd, ale nie wiem, że ten prąd ktoś mi zabiera, i do tego nie wiem, w jakim celu. Być może nawet z zamiarem wykorzystania go przeciwko mnie? Straszne! Przypomina się stara anegdota o ludziach pracujących w fabryce, którzy cokolwiek by produkowali, i tak się składało na CKM*.

W taki więc sposób nauka obywatelska nie może działać. Dlatego też jednym z najważniejszych argumentów i sposobów na to, żeby zachęcić ludzi do współudziału w badaniach naukowych, jest przedstawianie im po pierwsze: przejrzystych założeń i hipotez badań oraz jasne określenie formy udziału w nich, a po drugie, przedstawienie uczestnikom efektów tych badań.

Stąd płynie kolejne pytanie – czy nauka obywatelska jest szansą na odpolitycznienie nauki jako takiej i np. na zmniejszenie ilości projektów naukowych i badań, których rezultaty godzą w człowieka? W społeczeństwo? Już słychać głos protestu ze strony potentatów farmaceutycznych i zbrojeniowych…

Nasz rodzimy BUW-owski projekt TranskriBUW pokazuje, że jest bardzo duża grupa ludzi, obywateli, którzy chcą się angażować, gromadzić, jednoczyć wokół wspólnej sprawy i pracy, w której wynagrodzeniem jest nierzadko jedynie satysfakcja z rozwiązanej zagadki. Zrobił się wokół naszego projektu także niemały szum medialny, zwłaszcza za sprawą zdania-wytrychu, że „sztuczna inteligencja sobie nie radzi”.

Uff, oby więcej takich projektów!

Tekst: Barbara Chmielewska, Oddział Promocji, Wystaw i Współpracy

* Ciężki Karabin Maszynowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.