Aż 19 obiektów ze zbiorów Gabinetu Rycin BUW można obejrzeć na Zamku Królewskim z okazji wystawy „Anatomia antyku. Ciało i ruch w rzeźbie”, czynnej do 21 września. Punktem wyjścia wystawy są kolekcje antykizujących rzeźb króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i współczesnych mu arystokratów. Wokół tych kolekcji kuratorzy zbudowali opowieść o figurze ludzkiej jako naczelnym motywie sztuki antycznej, a także o recepcji tego tematu w stanisławowskim klasycyzmie.

19 rysunków i rycin. Czy ktoś spodziewał się aż tyle papieru na wystawie o rzeźbie, i to dość niewielkiej, bo zajmującej tylko salę Biblioteki Królewskiej? W pierwszej chwili nie, ale Zamek Królewski miał przynajmniej dwa doskonałe powody, by sięgnąć po nasze zbiory w takiej skali. Po pierwsze – jak każdy klasycyzm – i ten stanisławowski kręci się wokół kanonu i kopii. Naśladowanie natury jest tu przefiltrowane przez naśladowanie mistrzów, stylu przeszłych epok, wielkich tematów oraz konkretnych póz i motywów. Niemal każdy eksponat na wystawie ma status kopii. Zobaczymy rysunkowe kopie z innych rysunków, odlewy z rzeźb, rysunki rzeźb i wszelkie inne wariacje międzymedialnych naśladownictw. Łączą je migrujące przez różne media i epoki motywy tytułowego ciała i ruchu. Tu typ muskulatury, tu charakterystyczna poza, a gdzie indziej cały temat nawiązują do najsłynniejszych antycznych wzorców. Naśladownictwa i migracje opowiadają wystawę same. Komentarz kuratorski w tej przestrzeni jest minimalny.

Zbiory z BUW zilustrowały jedną z takich fraktalowych narracji kiełkującą od słynnego Torso belwederskiego, które zresztą samo jest kopią starszego zaginionego oryginału. Akty Franciszka Pincka, Franciszka Smuglewicza i Antoniego Albertrandy ze zbiorów Gabinetu Rycin to tylko kilka przykładów licznych prób rekonstrukcji pozy rzeźby, która – mimo że bezgłowa, beznoga i bezręka – uchodzi za wybitny przykład artystycznego kunsztu w przedstawieniu ludzkiego ciała. Wokół zobaczymy nie tylko oryginalne torso (a raczej kopię kopii kopii), ale też inne inspirowane nim dzieła w różnych mediach.

W epoce mającej taki stosunek do kopii, rysunek staje się medium wielkiej wagi – nie tylko jako samodzielna forma artystyczna, ale jako metoda transferu wzorców, norm i kanonów. Do studiów z modela i szkiców do obrazów dochodzą akademickie wprawki w kopiowaniu dzieł innych artystów. Powstają one do celów własnej twórczości, jako pomoce do edukacji artystów w pracowniach, a także jako akademickie wprawki. Zobaczymy też rysunki zamawiane przez agentów dla kolekcjonerów oraz rysunki do katalogów ich antykizujących kolekcji. Jeszcze przed erą reprodukcji masowej rysunkowe kopie zasilają katalogi, albumy i traktaty. Jedna z takich publikacji, zamówiona na dwór Stanisława Augusta Poniatowskiego, obejmuje kolekcję z BUW kopii rysunków anatomicznych Ercole Lellego wykonanych przez Carlo Bianconiego i zebranych przez niego w oprawny album. Lelli był artystą bolońskim specjalizującym się w rysunku anatomicznym. Osiągnął doskonałość w tej dziedzinie, m.in. obserwując, uczestnicząc, a nawet podobno sam wykonując sekcje zwłok. Rysunki stworzył jako edukacyjne plansze ilustrujące jego publikację służącą innym artystom jako anatomiczny wzornik.


Gdy artystów jednoczy wspólny wzorzec piękna i rzemieślniczej doskonałości, działają oni jak jeden organizm, dzieląc się wzorcami i organizując się w mistrzowskich pracowniach. Naśladownictwo jest tu bowiem celem i formą komplementu, a nie wyrazem braku talentu i oryginalności, o czym wystawa widzowi współczesnemu nieustannie i słusznie przypomina. Widz, który zadrze głowę znad tłumu marmurów i gipsów, by spojrzeć na zdobiące ściany Biblioteki płaskorzeźbione medaliony André Le Bruna (i to oryginalne, co na ciężko doświadczonym wojną Zamku rzadkie!), ujrzy tradycyjne sztuki, takie jak rzeźba i malarstwo, a dalej Calcographię (miedzioryt) – mini hołd dla techniki graficznej powoli wynoszonej do rangi równorzędnej sztuki. Robiąc medalionowi zdjęcie telefonem, zastanawiam się, co ówcześni artyści – odbywający podróże do Rzymu, by mozolnie kopiować napotkane reliefy i rzeźby – mogliby osiągnąć mając takie narzędzia reprodukcji, jak to, które właśnie trzymam. A co mogliby osiągnąć mając biblioteki cyfrowe? Pewnie nic, wzdycham, gdyż co komu po narzędziach, gdy zmienił się zeitgeist. Zepsuł nas jako widza epoki poromantycznej kult indywidualizmu i ciągły popyt na innowację. Z drugiej strony jednak stajemy przed dziełami sztuki współczesnej z „tak to i ja bym potrafił” na ustach. Któż odgadnie, o co chodzi współczesnemu widzowi. Wzruszam zatem ramionami i ruszam dalej.


Szkielety Ercollego we wzniosłych pozach, marmurowe draperie kunsztownie podkreślające ciało, wszechobecne marmurowe muskulatury i ścięgna – mimo marmurowego szału ciał, tytułowa anatomia góruje nad zmysłowością. Pochylam się, by podziwiać delikatne żyłowanie marmuru na wyeksponowanych żyłach i ścięgnach studium stopy. Tuż obok na jej gipsowym odlewie oglądam inny detal – niezeszlifowane szwy i nadlewki i niezamaskowane łączenia odlewów. Temat jest tu tylko pretekstem do sposobu ukazania ciała, a ciało z kolei jest pretekstem do popisu technicznego kunsztu i anatomicznej precyzji. Aranżacja wystawy wspiera tę tezę. Zimne marmury ustawiono na białych modernistycznych kubikach. Mimo, że nade mną kryształowe żyrandole, niemal słyszę buczenie świetlówek. Kuratorzy w słowie wstępnym do wystawy połączyli antyk i klasycyzm przez wspólną ideę – dzieła sztuki funkcjonującego jako nośnika informacji w większym stopniu niż obiektu artystycznego przeżycia. Zaplanowany przez nich efekt został osiągnięty.

Wspomniałam jednak na początku o dwóch powodach obfitości zbiorów papierowych na wystawie. Czytelnik ma prawo zapytać: a gdzie ten drugi? Wędrowanie po bibliotece wśród niezwykle mocnej reprezentacji zbiorów z BUW i snucie rozważań o Kamsetzerze w erze digitalizacji to nie jedyny powód, dla którego czułam się jak w domu (to znaczy: w pracy). Jak dowiedziałam się później z katalogu wystawy, wspólna historia łączy kolekcję stanisławowskich antykizujących rzeźb i odlewów z Uniwersytetem Warszawskim. Kolekcja królewska pierwotnie przechowywana była na Zamku w pomieszczeniach należących do Malarni Bacciarellego i Skulptorni Le Bruna, służąc do studiów nadwornym artystom. Po śmierci króla trafiła na ówczesny Królewski Uniwersytet Warszawski, gdzie wyeksponowana w Sali Kolumnowej Gmachu Pomuzealnego (obecny budynek Wydziału Historii) służyła studentom Oddziału Nauk i Sztuk Pięknych – nieraz określanego jako pierwsza w Polsce akademia sztuk pięknych. Zbiory znajdują się w tej sali częściowo do dziś, a częściowo przeniesione są do Starej Oranżerii w Łazienkach, gdzie już w czasach stanisławowskich planowano umieścić część kolekcji królewskiej.


Kolekcja dała podłoże pod powstanie uniwersyteckiego muzeum, a spadkobiercą tej idei jest dzisiejsze Muzeum UW, które dzięki otworzeniu dostępu do zbiorów dla publiczności, stało się pierwszym polskim muzeum publicznym (polecam film Muzeum UW na temat kolekcji gipsów i Sali Kolumnowej). Losy kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego nieodłącznie przeplecione są zatem z historią Uniwersytetu. Przeprowadzka kolekcji symbolicznie naznaczyła koniec ery nadwornych mecenasów, a początek akademii jako głównego ośrodka życia artystycznego. Na wystawie znajdziemy wiele planów i rysunków architektonicznych ze zbiorów Gabinetu Rycin BUW ilustrujących miejsca kolejnych przeprowadzek kolekcji, a także nigdy niezrealizowanych planów jej aranżacji. Największy niezrealizowany plan z nich wszystkich to powołanie akademii sztuk pięknych. To wielkie marzenie Poniatowskiego, gdyby doszło do skutku, wymazałoby z historii rozdział uniwersyteckich losów kolekcji, a także prawdopodobnie wymazałoby wkład UW w dzieje początków polskiego muzealnictwa. Wystawa opowiada pokrótce historię tego wspólnego historycznego epizodu kolekcji królewskiej i Uniwersytetu w sali wejściowej, gdzie eksponowane są fotografie i ryciny ukazujące losy zbiorów.


Czy warto wybrać się na „Anatomię Antyku”? Oczywiście, że tak. Nie samą reprodukcją fotograficzną człowiek żyje. Konsumując sztukę w ten sposób tracimy aurę, jak wiemy od Waltera Benjamina, sponsora dzisiejszego odcinka pełnego rozważań o kopiach. Czasem w tych zdigitalizowanych czasach należy wybrać się, by obejrzeć oryginał, nawet wtedy, gdy oryginał jest – jak w tym przypadku – kopią, a nawet kopią kopii, która może i nie przenosi aury oryginału, lecz wytwarza własną – aurę epoki, z której wyrosła. Wyruszcie zatem na Zamek w poszukiwaniu aury, a może czeka Was niespodzianka w postaci tu i ówdzie oryginalnego Canovy czy popiersia z II w. A może i nie. Nie mogę przecież zdradzać wszystkiego. Aura, rozumiecie.

Tekst: Agnieszka Kania, Oddział Rozwoju Zasobów Elektronicznych
