16 października przypada rocznica śmierci prof. Wacława Borowego (1890-1950), co stawia nas przed pytaniem: jak pisać o człowieku znanym z tego, że szczerze nie znosił wszelkich hołdów rocznicowych. Pominiemy więc tutaj listy jego różnorakich zasług i poprzestaniemy na jednym tylko obrazie z długiej historii związków Wacława Borowego z BUW.
Historyk literatury i krytyk literacki, Borowy był pracownikiem Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie w latach 20. dwudziestego wieku, zaś w latach 1936-1938 był jej dyrektorem. Najbardziej może jednak zasłużył się on BUW jesienią i zimą 1944-45, kiedy to, nie będąc formalnie związany z biblioteką, ratował jej zbiory w trakcie akcji pruszkowskiej, a potem czuwał nad biblioteką po wyzwoleniu Warszawy z rąk Niemców. Przypomnijmy: akcja pruszkowska była akcją ratowania zbiorów z warszawskich muzeów, bibliotek i archiwów, niszczonych po upadku powstania warszawskiego wraz z całym miastem. Została podjęta w listopadzie 1944 r., gdy udało się wynegocjować z Niemcami ewakuację części zbiorów, i trwała aż do połowy stycznia 1945 r. To właśnie z okresu akcji zachowały się przejmujące wspomnienia o profesorze Borowym, wybierającym z magazynów BUW dzieła przeznaczone do ocalenia. Oddajmy głos tym, którzy pracowali wówczas w bibliotece razem z nim – kolejno, Bohdanowi Korzeniewskiemu i Tadeuszowi Makowieckiemu:
Poczynając od ubrania, wszystko wskazywało na jego [Borowego] zupełna nieumiejętność przystosowania się do wojny. Nie brał jej w rachubę w swoich zamierzeniach. Toteż do Pruszkowa, skąd ekipy ratowników wyruszały do miasta palonego i burzonego ulica po ulicy, profesor Borowy przyjeżdżał ze swego podwarszawskiego Zalesia ubrany jak na turystyczną wycieczkę. Nosił giemzowe trzewiki, wysokie wzorzyste skarpety, krótkie spodnie cyklisty, dwa grube swetry i włóczkową czapkę naciąganą na uszy. W Bibliotece przed przystąpieniem do pracy dodatkowo owijał głowę czarną chustką pożyczoną od żony, a na ręce wciągał trykotowe rękawiczki z obciętymi końcami palców, czyli po kresowemu mitenki. Wystawały mu z nich bezkształtne kikuty dłoni obłożone żółtą maścią, gdyż obie ręce miał odmrożone. W takim stanie zdrowia szedł do magazynów…
Widzę Borowego w wąskim korytarzu […], jak sztywny z zimna i uwagi wybiera ze ściany książek tomiki; za nim młody dniówkarz trzyma w ręku świeczkę, osłaniając od wiatru, a potem widzę, jak profesor klęczy albo leży na brzuchu na wycieraczce słomianej (która ma niby izolować od zimna żelaznej podłogi magazynu) i wydłubuje tomy z najniższych półek. Co pewien czas wstaje i rozciera palce – sine i sztywne, nie z mrozu (choć w magazynie jest często poniżej [minus] 10 stopni zimna) – ale z wady serca: ma fatalne nadciśnienie (220), złe krążenie krwi. Powinien być w sanatorium, […] mógłby choćby siedzieć w swej skromnej wilce w Zalesiu […] Tymczasem co dzień po czternaście godzin dziennie marznie, tłucze się autem, nie dosypia i głoduje przez trzy miesiące surowej zimy.
To jednego z tamtych zimowych dni profesor Borowy, zwykle powściągliwy w słowach, zanotował w dzienniczku zdanie, które musiało być oczywiste dla wszystkich, którzy go wówczas widzieli: “Uświadamiam sobie, jaką ta biblioteka jest moją całożyciową miłością”. Wierząc, że miłość tej mocy nie gaśnie, wznieśmy kubki z napojami towarzyszącymi lekturze BuwLOG-a na cześć człowieka, którego duch wciąż może śledzi życzliwie poczynania pracowników i czytelników biblioteki, którą tak kochał.

Maria Fronczak, Oddział Obsługi Informatycznej
